"... wkoło będzie zielono."
Kolejny w mym życiu koncert SDM. Przepiękny, poetycki wieczór w idealnie splecionych ze sobą dźwiękach gitary, skrzypiec i harmonijki. Ciemna sala. Oświetlona scena i postacie czarujące wszystkich tam obecnych. Uwielbiam tę poezję wyśpiewaną głosem jednym z nadźwięczniejszych. Wsłuchiwać się w słowa i odnajdywać ich odbicie we własnym, ziemskim życiu, uwielbiam. Śpiewające jednogłośnie setki ludzi. Dziękuję M. za to doświadczenie. Łączące w sobie mą przeszłość z teraźniejszością. Co do przyszłości ... nigdy nie byłam jej pewna.
wtorek, 18 października 2011
sobota, 15 października 2011
Czasu brak na życie mi. Życie zabiera mi ten czas. Może po prostu wykorzystuje mój czas najlepiej jak potrafi. Zabiegana jestem w tym, w każdym razie. Nie znalazłam jeszcze ani jednej chwili, aby pomyśleć. Przez chwilę. Wczoraj zrobiłam istotny ruch w celu znalezienia swojego miejsca. Kupiłam łóżko, które dopiero dziś dotarło do progów mego domu, a teraz leży w pudełku w przedpokoju i czeka aż jakiś książe mi je rozpakuje. I złoży. Bo sama byłam w stanie jedynie wnieść je na pierwsze piętro, za co panowie, którzy mi je przywieźli zarządali 30 zł. To sobie pomyślałam. Muszę. I zrobiłam to. Na razie mój kawałek podłogi wyznacza materac. I to stanowczo mnie na tą chwilę uszczęśliwia. Chociaż w kwestii domu nadal pozostaję przy tym, że jest on tylko jeden, dlatego też nie przywiązuję się do moich kolejnych mieszkań. Bez emocji. Nie wiem czy to całkiem naturalne, ale w każdym razie zaoszczędza mi wiele. Raczej wszytko dookoła tworzy moja przestrzeń niż same mury. Moja biała lampka, srebrny budzik delikatnie oszukany, ramki na zdjęcia wypełnione po brzegi miłością, lusterko na ozdobnych nóżkach, drewniany anioł... Dziękuję K. za to, ze byłaś ze mną na zakupach w tak ważnej dla mnie chwili. Dziękuję również Sz. za wspaniały wieczór przy lampce wina, za podróż na koniec świata i powrót na kolejny koniec. Odwiedziłam dziś nieodłączną mą towarzyszkę z dzieciństwa. Widziałyśmy się ostatnio pewnie w wieku sześciu może siedmiu moich lat. Tak pięknie było ją spotkać. Poza tym jestem cholernie samotna.
czwartek, 13 października 2011
Teatr
Zdarzyło mi się być wczoraj w teatrze. Kurtyna była koloru przeźroczystego. Bilety kosztowały całe studenckie 15 zł. Teatr przy ulicy Starowiślnej. Sztuka zatytułowana nazwą ptaka.
Boże pobłogosław wszystkim bezdomnym wędrowcom...
Boże pobłogosław wszystkim bezdomnym wędrowcom...
wtorek, 11 października 2011
Kraków
Znów zaczęło się moje życie krakowskie. Znów ludzie czytają w tramwajach. Znów chwytam w rękę Metro idąc na zajęcia. I czytam je, jeśli znajdę czas. Moje życie na nowo rozdzierają setki i tysiące kilometrów. Na szczęście mam przy sobie dziewczyny moje.
wtorek, 27 września 2011
poniedziałek, 26 września 2011
Zdecydowanie cena.
Spacerowałam z Karoliną po krakowskim rynku w pewne piękne, letnie przedpołudnie. Po kawie, która jest naszą już niemalże trzyletnią tradycją, wstąpiłyśmy do jednej z tanich księgarni, których istnienie odkryte zostało jeszcze przed wakacjami. Przekroczyłyśmy jej próg z postanowieniem zamknięcia ceny książki w groszach brzęczących gdzieś na dnie kieszeni. I tak kolejna książka, którą stała się moją własnością nosi tytuł Nie całkiem do pary, autorstwa Wendy Markham. Kobieta. Literatura w spódnicy.
środa, 21 września 2011
ROZMOWY Z KATEM
Ostatnie dni, wieczory i ranki spędziłam w celi więziennej.
Wsłuchiwałam się w opowiadania, cicho uczestniczyłam w rozmowach, wyobrażałam sobie wiele, czułam.
Rozmowy z katem to historia prawdziwa. To rozmowa, mająca na celu wydobycie z człowieka informacji, które pozwolą "rozłożyć na włókna" osobowość ludobójcy. Ludobójcy, którego działalność głęboko ugodziła nasz kraj. I nie tylko. Kazimierz Moczarski spędził z dwoma hitlerowcami prawie dziewięć miesięcy w jednej celi. Jak pisze w swej książce, skoro los zaproponował mu takie zestawienie chciał wykorzystać je maksymalnie. Przez ten długi więzienny czas porównywany do pięciu lat wspólnego życia na wolności, wiele istotnych faktów zostało wyjawionych światu. Faktów okrutnych, często wypowiedzianych po raz pierwszy i jedyny w tej właśnie celi, do swych współwięźniów, połączonych wyjątkowa relacją. Po wyjściu na wolność polski dziennikarz spisał wszytko co zapamiętał ze swych wielogodzinnych rozmów z Józefem Stroopem oraz wydał w formie "ROZMÓW Z KATEM". Są to dokładne, wartościowe opisy i relacje wydarzeń nie tylko drugiej wojny światowej ale i czasów na długo przed nią. Dzięki tak dokładnemu i szerokiemu spojrzeniu, w sensie czasowym, na postać Stroopa można czytając tekst książki analizować czynniki jakie sprawiły, że człowiek stał się bezwzględnym ludobójcą. Wyciągać wnioski, stawać się mądrzejszym. Wyjaśnienie prawdziwości opowiadań niemieckiego generała, oraz doskonałej pamięci spisującego je polskiego dziennikarza, można znaleźć w tekście. Ja, nie mając co do tego żadnych wątpliwości, pominę rozważania na ten temat. Nieocenioną postacią, mającą niewątpliwy wpływ na przebieg rozmów w celi, był niemiecki współwięzień - Schelkie. Jego postać może dawać wrażenie specjalnie skonstruowanej na rzecz książki, czemu jednak zaprzecza autor, a to natomiast dodaje jeszcze większego uroku tej więziennej scenie. Ponieważ okrucieństw, głupoty i specyfiki życia tytułowego kata nic lepiej nie wyrazi niż 459 stron napisanych przez K. Moczarskiego, doceniając wielce tego pisarza zachęcam do przeczytania.
"Bo cóż by warte były bunty i cierpienia.
Gdyby kiedyś w godzinę zdobytej wolności
Nie miały się przerodzić w cierpień zrozumienie [...]
Gdyby się lud gnębiony stawał gnębicielem
I w dłoń przebitą gwoździem chwytał miecz Piłata?"
Antoni Słonimski
Wsłuchiwałam się w opowiadania, cicho uczestniczyłam w rozmowach, wyobrażałam sobie wiele, czułam.
Rozmowy z katem to historia prawdziwa. To rozmowa, mająca na celu wydobycie z człowieka informacji, które pozwolą "rozłożyć na włókna" osobowość ludobójcy. Ludobójcy, którego działalność głęboko ugodziła nasz kraj. I nie tylko. Kazimierz Moczarski spędził z dwoma hitlerowcami prawie dziewięć miesięcy w jednej celi. Jak pisze w swej książce, skoro los zaproponował mu takie zestawienie chciał wykorzystać je maksymalnie. Przez ten długi więzienny czas porównywany do pięciu lat wspólnego życia na wolności, wiele istotnych faktów zostało wyjawionych światu. Faktów okrutnych, często wypowiedzianych po raz pierwszy i jedyny w tej właśnie celi, do swych współwięźniów, połączonych wyjątkowa relacją. Po wyjściu na wolność polski dziennikarz spisał wszytko co zapamiętał ze swych wielogodzinnych rozmów z Józefem Stroopem oraz wydał w formie "ROZMÓW Z KATEM". Są to dokładne, wartościowe opisy i relacje wydarzeń nie tylko drugiej wojny światowej ale i czasów na długo przed nią. Dzięki tak dokładnemu i szerokiemu spojrzeniu, w sensie czasowym, na postać Stroopa można czytając tekst książki analizować czynniki jakie sprawiły, że człowiek stał się bezwzględnym ludobójcą. Wyciągać wnioski, stawać się mądrzejszym. Wyjaśnienie prawdziwości opowiadań niemieckiego generała, oraz doskonałej pamięci spisującego je polskiego dziennikarza, można znaleźć w tekście. Ja, nie mając co do tego żadnych wątpliwości, pominę rozważania na ten temat. Nieocenioną postacią, mającą niewątpliwy wpływ na przebieg rozmów w celi, był niemiecki współwięzień - Schelkie. Jego postać może dawać wrażenie specjalnie skonstruowanej na rzecz książki, czemu jednak zaprzecza autor, a to natomiast dodaje jeszcze większego uroku tej więziennej scenie. Ponieważ okrucieństw, głupoty i specyfiki życia tytułowego kata nic lepiej nie wyrazi niż 459 stron napisanych przez K. Moczarskiego, doceniając wielce tego pisarza zachęcam do przeczytania.
"Bo cóż by warte były bunty i cierpienia.
Gdyby kiedyś w godzinę zdobytej wolności
Nie miały się przerodzić w cierpień zrozumienie [...]
Gdyby się lud gnębiony stawał gnębicielem
I w dłoń przebitą gwoździem chwytał miecz Piłata?"
Antoni Słonimski
sobota, 17 września 2011
wtorek, 13 września 2011
Chata
Każdy z nas zasługuje na spotkanie w chacie. Dlatego też w ręce, każdego z Was wkładam tę książkę. Chata William Paul Young. Treść skierowana do wszystkich, wyznawców wszelkich religii, a także tych, którzy wciąż są w tej kwestii zagubieni. Ponieważ spotkanie takie dla każdego powinno być indywidualne. Sam na sam, z własnym życiem w tle przemyśleń. Na tym skończę opis.
"To co postrzegasz jako chaos, ja widzę jako fraktal."
"To co postrzegasz jako chaos, ja widzę jako fraktal."
sobota, 10 września 2011
Biegną dni września...
Ze słuchawkami na uszach i pięknymi dźwiękami gitary w idealnym połączeniu z dźwiękiem skrzypiec, odcinam wszytko co dookoła. Biegną dni września pozostawiając za sobą upragniony wolny czas. Przede mną ostatnie jedynie dwa tygodnie. I znów przyjdzie mi żyć w Krakowie. Przyjdzie mi być dorosłą. Być samą dla siebie, samą za siebie. Podczas rozmowy z jedną z nas doszłam do wniosku, że tak naprawdę chyba boję się końca beztroskiego życia, które zresztą nigdy takim nie było. Boję się tego nowego, tak naprawdę dorosłego życia. I myśl, że coś się kończy, co innego zacząć się musi. Ciężko się z tym pogodzić. Trzeba nad sobą popracować. To wszytko kwestia wrażliwości. Tak jak wiele innych. Albo i kwestia momentu cyklu w jakim się kobieta znajduje. Tak mi powiedziała "u. przecież wiesz, że ostatecznie wszytko zależy od tego w jakim momencie cyklu jesteś." Było to odnośnie łez podczas czytania książek, ale tak samo jest pewnie w wielu sprawach. Ale jeszcze dwa tygodnie. Do tego czasu będę udawała, że nic się nie dzieje. W duchu będę sobie wszytko tłumaczyła. Zaledwie dwa dni temu byłam w Krakowie. Tak pięknie tam o tej porze roku. Spacerując przez rynek, byłam szczęśliwa. Byłam z jedną z nas, świeciło słońce, ludzie uśmiechnięci. Tylko gołębie burzyły nastrój. Mówię to z uśmiechem. Poczułam, że jest dobrze. Kiedy wracałam do Stalowej Woli wieczorem, a światła latarni w tym mieście rozjaśniły noc również było mi dobrze. Do końca życia przyjdzie mi szukać swego miejsca na tej ludzkiej ziemi. No cóż... "pod wielkim dachem nieba". Dom zawsze jeden, tam gdzie rodzice moi.
Dni wypełniają się same. Tylu ludzi dokoła, pokoi wciąż za mało (i niech tak zostanie). Nie ma czasu na samotność. A jednak samotna jestem jak cholera. Bez Ciebie. A ja...
Dni wypełniają się same. Tylu ludzi dokoła, pokoi wciąż za mało (i niech tak zostanie). Nie ma czasu na samotność. A jednak samotna jestem jak cholera. Bez Ciebie. A ja...
czwartek, 8 września 2011
Na dworcu PKS
Kupiłam w kiosku książkę, za cenę 8 zł i chyba właśnie ta cena była tu decydująca. Czarna matowa okładka z błyszczącymi srebrnymi literkami.
Kolekcjoner dzieci Sabine Thiesler
"Przebywanie tu jest sztuką doświadczenia granic samotności [...]"
"To jest mój dom, pomyślała Anne. Tu mam i jedno i drugie. Tu mam wszytko. Tu mogę rozwijać się i rosnąć, tu mogę cofać się i ograniczać do tego co istotne."
Kolekcjoner dzieci Sabine Thiesler
Kolekcjoner dzieci Sabine Thiesler
"Przebywanie tu jest sztuką doświadczenia granic samotności [...]"
"To jest mój dom, pomyślała Anne. Tu mam i jedno i drugie. Tu mam wszytko. Tu mogę rozwijać się i rosnąć, tu mogę cofać się i ograniczać do tego co istotne."
Kolekcjoner dzieci Sabine Thiesler
Tombakowy pierścionek
Kiedy wymieniał mi wiele tytułów książek a ja miałam spośród nich wybrać tę, która mnie zainteresuje, jako pierwszy zwrócił moją uwagę "Tombakowy pierścionek". Pożółkłe kartki, rozpadająca się struktura książki i opowiadania nadały klimat zapomnianej przed laty. Książkę wypełniały opowiadania, których autorami są Jan Józef Szczepański oraz Bohdan Mańkowski. Rok 1957. Ostatnio trzymają się mnie powojenne czasy, dzięki czemu poznaję ludzi, którzy tę wojnę przeżyli.
Sprzedane życie
Skorpion
Tombakowy pierścionek
"Opanowała ją jakże częsta, jak dobrze znana pokusa - rozproszyć jakoś tę męczącą mgłę niejasności, przeciąć zawiły splot mijających się uczuć, uraz, podejrzeń, fałszywych pozorów. Powiedzieć sobie wszytko wzajemnie, nazwać słowami, wytłumaczyć."
Skorpion Jan Józef Szczepański, Bohdan Mańkowski
Sprzedane życie
Skorpion
Tombakowy pierścionek
"Opanowała ją jakże częsta, jak dobrze znana pokusa - rozproszyć jakoś tę męczącą mgłę niejasności, przeciąć zawiły splot mijających się uczuć, uraz, podejrzeń, fałszywych pozorów. Powiedzieć sobie wszytko wzajemnie, nazwać słowami, wytłumaczyć."
Skorpion Jan Józef Szczepański, Bohdan Mańkowski
środa, 7 września 2011
Na nowo uczę się żyć z wplecioną w to życie odległością. Nienawidzę pożegnań. Ani trzy lata temu, ani wczoraj. W końcu te trzy lata przyzwyczajałam się do tego. Nie. Przyzwyczaić się nie da. Można doskonalić sztukę wytrzymania tego.
Pozostały mi trzy tygodnie. Nie, że wakacji. Nie, tak się już to chyba nie nazywa. Trzy tygodnie spędzone w domu. Jedynym. Czytam książki. Dorotka wciąż woli, abym tego nie robiła. Niepojęte. W przypadku otrzymania pozwolenia odprowadzam moją siostrę do szkoły, w tej poważnej sprawie. Wieczorem czytam jej do snu, jeśli jakaś nieznana maszyna losująca to mnie właśnie wylosuje do tego zaszczytnego celu. A w ciągu dnia nie odnajduję się.
Znów czeka mnie jednodniowa podróż do Krakowa. Znów będę ją wyklinać.
W krajobraz za oknem być może wkracza jesień.
Pozostały mi trzy tygodnie. Nie, że wakacji. Nie, tak się już to chyba nie nazywa. Trzy tygodnie spędzone w domu. Jedynym. Czytam książki. Dorotka wciąż woli, abym tego nie robiła. Niepojęte. W przypadku otrzymania pozwolenia odprowadzam moją siostrę do szkoły, w tej poważnej sprawie. Wieczorem czytam jej do snu, jeśli jakaś nieznana maszyna losująca to mnie właśnie wylosuje do tego zaszczytnego celu. A w ciągu dnia nie odnajduję się.
Znów czeka mnie jednodniowa podróż do Krakowa. Znów będę ją wyklinać.
W krajobraz za oknem być może wkracza jesień.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
piątek, 26 sierpnia 2011
Czas spędzam z Dorotką i Jackiem nadrabiając miony bez nich tydzień. Urządziliśmy podczas tego tygodnia pokój dla Hani. Codziennie rower. Praca na działce. Koncert improwizacji na organach kościelnych. Zdarzyło mi się tam być. Sztuka. Naprawdę sztuka. Czytanie książek, od czego usilnie odciąga mnie Dorota. Nie wiem dlaczego, dlatego też kończę już kolejne opowiadanie. Porządkowanie życia codziennego. Obowiązki. Wieczory przy filmach i gorącej herbacie z cytryną. I tak mija tydzień.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Druga strona księżyca.
Druga strona księżyca Albin Siekierski
Książka, której akcja dzieje się na śląsku, w okolicach jednej z kopalni. Wydarzenia umieszczone są w czasie powojennym. Napisana w 1979 roku, o ówczesnej współczesności. Ludzie, których losy zapisują jej karty to dorośli, odbywający swoje życie pozornie codzienne. Pozornie bo zmienia ono swój normalny bieg przez wydarzenie niespodziewane. Zmienia się życie stanowczo, choć nadal każdego ranka mężczyzna wyrusza do pracy w kopalni. Codzienność śląska poprzecinana jest retrospektywnymi wstawkami opisującymi piękną, powojenną miłość. Mimo iż akacja książki zamyka się w obrębie mieszkania i kopalni, przemyślenia jakie budzi w człowieku podczas jej czytania wybiegają daleko poza betonowe ściany.
"Po co pojechałem do siostry? [...] Czego u niej szukam? [...] Pojechałem do niej, bo chciałem być bliżej czegoś, sam nie wiem czego. [...] Po prostu chciałem być bliżej czegoś, co jest w mojej siostrze, co jest także we mnie, czego w kim innym nie znajdę."
Druga strona księżyca Albin Siekierski
Książka, której akcja dzieje się na śląsku, w okolicach jednej z kopalni. Wydarzenia umieszczone są w czasie powojennym. Napisana w 1979 roku, o ówczesnej współczesności. Ludzie, których losy zapisują jej karty to dorośli, odbywający swoje życie pozornie codzienne. Pozornie bo zmienia ono swój normalny bieg przez wydarzenie niespodziewane. Zmienia się życie stanowczo, choć nadal każdego ranka mężczyzna wyrusza do pracy w kopalni. Codzienność śląska poprzecinana jest retrospektywnymi wstawkami opisującymi piękną, powojenną miłość. Mimo iż akacja książki zamyka się w obrębie mieszkania i kopalni, przemyślenia jakie budzi w człowieku podczas jej czytania wybiegają daleko poza betonowe ściany.
"Po co pojechałem do siostry? [...] Czego u niej szukam? [...] Pojechałem do niej, bo chciałem być bliżej czegoś, sam nie wiem czego. [...] Po prostu chciałem być bliżej czegoś, co jest w mojej siostrze, co jest także we mnie, czego w kim innym nie znajdę."
Druga strona księżyca Albin Siekierski
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Kraina wielkich jezior.
I oto wróciłam z rejsu. Z miejsca, które jest moim drugim domem. Z miejsca, w którym niebo schodzi do ludzi na ziemię, odbijając się całym swym pięknem w jeziorze. Z miejsca, w którym wszytko jest moje, gdzie tylko zapragnę. Znów moim domem stał się jacht, łóżkiem koja, siłą pchającą do przodu wiatr wiejący w żagle.Czułam, że żyję. Z załogą złożoną z ludzi, których kocham. Dorotka i Jacek- brakowało mi tam Was. Po pięciu latach przerwy, którą narzuciło mi życie znów miałam przebyć krainę wielkich jezior z południa na północ. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak za tym tęsknię. Po kilku problemach, które zmusiły nas do jazdy z życzliwymi ludźmi dotarliśmy na miejsce. Zachwyciłam się. Postawiłam swoje stopy na chwiejącym się pokładzie i poczułam pewną stabilność duszy. Rozkoszowałam się naturą, otaczającą nas ze wszech stron. Błękitem nieba nad nami, głębią granatu wody pod jachtem. Wiatrem rozwiewającym włosy, który przecież był tam naszą siłą. Słońcem ogrzewającym nasze ciała. Zielenią lasów otaczających nas każdego dnia. Blaskiem ogniska rozjaśniającym noc nad brzegiem jeziora. Zachodami słońca malującymi niebo nieskończoną ilością barw. Wodą kołyszącą do snu. Dźwiękami szant jednoczących żeglarzy swą magiczną mocą. Zachwycałam się. Chyliłam pokornie głowę wobec sił natury, które w takim miejscu mają wielką władzę nad ludzkim życiem. Od których zależy czy dotrze się do celu, czy nie. Które w wielkim sztormie chwieją żaglówką, ukazując swoją nadludzką siłę. Wiązałam liny, kładłam maszt, wciągałam żagle, szorowałam pokład. Pięknie było. Dziękuję. Dziękuję T. mój, że byłeś ze mną. Dziękuję załodze. To miejsce przepełniło mnie szczęściem i pewną niespotykaną nigdzie indziej magią.
czwartek, 11 sierpnia 2011
środa, 10 sierpnia 2011
Ucieczka.
Kolejna podróż przede mną. Jest chwilę po czwartej nad ranem a ja siedzę przed moim komputerem studiując zawiłości gumtree. Nie mam gdzie mieszkać. Za chwilę po zetknięciu z zimną rzeczywistością poranka udam się na przystanek. Bus. Kraków. Kilka godzin później znów przyjdzie mi przebyć tę drogę na wschód. W domu będę wieczorem. Zmęczona wielogodzinnymi podróżami. Uśmiechnę się. Spakuję. Ucałuję na dobranoc Hanie i powiem jej do zobaczenia za dwa dni. Następnego dnia znów obudzi mnie blues o czwartej nad ranem, tym razem z pewnością, że już za chwilę będziesz przy mnie. Kolejna podróż przed nami.
wtorek, 9 sierpnia 2011
"Swoją drogą, nigdy nie rozumiałem ludzi, dla których zobaczenie czegoś jest celem. Zobaczenie czegoś takiego jak Tadż Mahal na przykład. Cóż z tego, że się ten obraz zachowa w pamięci? Dlatego, że ładny? Pewnie dużo jest ładnych rzeczy na świecie. Ale co z tego? Widzi pan, doskonale pojmuję sens budowania takiego Tadż Mahalu. Pan zna tę historię? Albo sens modlenia się w tej czy innej świątyni. W tym jest prawdziwa potrzeba. W tym jest coś istotnego... Udział, życie..."
Tombakowy pierścionek Szczepański i Mańkowski
Tombakowy pierścionek Szczepański i Mańkowski
Sonda.
Przeprowadzenie sondy na temat czytania książek. Odpowiedzi proszę umieszczać w komentarzach.
1. Co daje człowiekowi czytanie książek?
1. Co daje człowiekowi czytanie książek?
Zależność.
Zauważyłam pewną zależność. Zależność, nie zrealizowaną. Takie porównanie dwóch miast. Stalowej Woli i Krakowa. Być może każdego wielkiego i małego miasta również. Chodzi o czytanie książek. Chodzi o czas spędzany w tramwajach i autobusach. Chodzi o czas oczekiwania na nie. W mieście wielkim jakim jest w moich oczach Kraków na autobusy czy tramwaje nie oczekuje się długo. Przeciwnie. Niejednokrotnie nie sprawdza się nawet godziny ich odjazdu wychodząc z domu z pewnością, że jakiś nadjedzie. Przeciwnie jest w małym mieście za jakie uważam tu Stalową Wolę. Autobusy jeżdżą tak rzadko, że koniecznym jest sprawdzić o której odjeżdżają, a nawet dopasować cały swój plan dnia do ich rozkładu. Luka czasu powstająca w mieście małym. Przejazd w dużym mieście zazwyczaj zajmuje więcej czasu. Wszytko jest daleko od siebie, wszędzie trzeba dojechać spędzając długie godziny w tramwajach. W małym mieście czasem nawet nie siada się, mimo wolnych miejsc, gdyż przejazd z tu do tam zajmuje tyle co skasowanie biletu. Luka czasu w mieście dużym. W to wszytko, w te zależności opisane powyżej, ściśle wplecione jest czytanie książek. Publiczne ich odczytywanie. Po cichu. Normalnym widokiem w krakowskich tramwajach i autobusach wszelkich jest czytanie książek podczas podróży. Czas wówczas zostaje wykorzystany. Luka czasu zostaje zapełniona. Zjawisko zupełnie naturalne. Krakowiak z książką. Inaczej jest w mieście małym. Miałam dziś w torebce książkę. Kiedy dotarłam na przystanek zastało mnie tam 10 minutowe bezczynne oczekiwanie. Wyciągnęłam książkę i przez chwilę zastanowiłam się czy jestem pierwszą, która robi to w tym małym mym mieście? I jeszcze dwa pytania: czy ludzie w większych miastach czytają więcej od tych żyjących w Stalowych Wolach? Czy spędzanie czasu na czytaniu książek jest cenne?
Przeczytałam kilka stron. Posunęłam się odrobinę do przodu w moim tak dalece ubogim czytaniu.
Przeczytałam kilka stron. Posunęłam się odrobinę do przodu w moim tak dalece ubogim czytaniu.
niedziela, 7 sierpnia 2011
Książka.
W związku z postanowieniem nadrobienia zaległości tworzących się od '89, w sprawie przeczytanych książek, do listy dopisuję kolejną. "Jeden fałszywy ruch" Harlan Coben. Do czytania tej zachęciła mnie pierwsza tego samego autora, którą przeczytał mi pewien męski głos podczas długi podróży pomiędzy moimi dwoma światami. Tytuł tej oto pierwszej to "Nie mów nikomu". Znakomita. Głos męski dodał jej uroku. Ta czytana już od dłuższego czasu wypełniała wieczory w domu. Prawdziwym moim domu, wieczory w fotelu przy nocnej lampce i herbacie w kubku. Tak wyglądało to w moich pragnieniach, takim też się stało. A co jeszcze w tym wszystkim istotne, zakładałam ją zakładką o jaką wzbogaciły mnie Bieszczady.
Byłam dziś w pięknym miejscu.
Widziałam dziś piękne miejsce. Jechałam prosto przed siebie na dwukołowym pojeździe w towarzystwie dziewczyny o jasnych włosach. Dookoła las, drzewa, zieleń, przyjemny chłód w tym środku upalnego dnia. Prosto obok leśniczówki, aby czuć się bezpiecznie pod opieką leśniczego. I dalej prosto przed siebie. I nagle. Dojechałyśmy. Leżałam na mostku, wodę łapiąc w dłonie. Podziwiałam blask ważki, obserwującej mnie bacznie. Mnie intruza w tym przepełnionym naturą miejscu. Deski pomostu były ciepłe. Woda w całej swej głębi niezmierzonej kryła czerń. Jedynie mała rybka płynąca zaraz obok pomostu złamała tę otchłań czarną, piękną. Dokoła ramka z drzew lasu tego. Z roślin, owadów, dźwięków, zapachu, wiatru i słońca. Leżałyśmy tak na ciepłych deskach drewnianego pomostu. Beztrosko. Otwierając oczy na piękno. Prawdziwe piękno. Kilkoro ludzi przemknęło koło nas. Podążyli dalej. Bardziej zdziwieni niż zachwyceni. Ja jednak dotykałam palcami tej czarnej toni niewielkiej powierzchni wody, nad którą nie tylko ja się nachylałam. Ważki wciąż bacznie nas obserwowały. Odcięte od świata. Cisza. Natura i dwa ludzkie pojazdy gdzieś pośród niej. Zatrzymane na chwilę. Wracając przebiłam oponę. W środku lasu, daleko od domu. Poskarżyłam się mówiąc o tym do maleńkiego ptaszka, nieprzeciętnej urody, który skakał obok mnie nie myśląc o ucieczce. Zadziwił mnie ten obraz. Zachwycił. Schowałam do kieszeni ciszę zdobytą wśród tamtych dźwięków i wróciłam do mojego okręgu przemysłowego.
wtorek, 2 sierpnia 2011
Stąd do ziemi dalej niż do gwiazd.
Chwila w Bieszczadach. Miejscu za, którym tęskniłam, które wprawiło mnie w zachwyt. Wędrówka w chmurach. Noc pod namiotem. Jazda na kartki. Dobrzy i niedobrzy ludzie. Rodzeństwo. Deszcz i brak słońca. Z plecakiem na plecach, butami na nogach i namiotem stanowiącym dach nad głową poczułam, że wracam do siebie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)