sobota, 26 stycznia 2013
Idę dziś do Teatru.
Idę dziś do Teatru. Pewien portal internetowy, dzięki pośrednictwu, wybłagał mi niską cenę biletu. Tak rzadko udaje mi się widzieć sztukę odgrywaną na żywo. Odwrotnie proporcjonalnie do chęci obejrzenia. Zatem wyjątkowy wieczór czeka mnie 26. stycznia. Ubiorę sukienkę, na ramie zawieszę torebkę. I tym samym znów wykorzystam limit przerw na dzisiejszy dzień.
czwartek, 24 stycznia 2013
Myślę o tym, jak J. kiedyś napisała obrazkiem, że " nie jesteś drzewem..." I dziękuję za to, bo to pozwala mi nie tylko zmienić miejsce bycia, ale i na spędzenie nocy na czytaniu i pisaniu, zamiast snu, który tej porze został przypisany.
Dziś skończył się kurs Alpha. Wyjątkowy dzień. Rok temu tez skończył się on dla mnie, a jednak całkiem odmiennie. Byłam kimś innym, i inne rzeczy we mnie zmienił. Postawił mnie przed wielkimi wyzwaniami, napełniając wcześniej siłą ku nim potrzebną. Co dał mi w tym roku? Co pokazał? Może za rok, tak jak dziś, rok po mym kursie, będę mogła to opisać. Teraz jedynie wiem, że wiele dla mnie znaczyła możliwość przygotowywania kolacji, co tydzień, przez te dwanaście tygodni. Wiem, że była to wdzięczność. Oznaka wdzięczności. To ja dawałam swój czas i zaangażowanie. A jednak mimo to zadziwiająco czuje się obdarowana. Znów kończę go z pewną siłą. Ku czemu tym razem potrzebną...?
Kryształowe drzewa
Piszę to rano. Stukanie w klawiaturę rozdziera ciszę panującą w mieszkaniu. Piszę to by wyrwać się z bezruchu, z kawą utkwioną w dłoniach i myślami zupełnie poza kuchnią. Poranna cisza mnie uspokaja. Daje nadzieję, że zdążę, że jeszcze wiele czasu. Niesiona tą nadzieją zmierzam ku wieczorowi. Ostatnimi czasy pogoda przyzdobiła świat kryształem. Kryształowe drzewa. Podziwiam ten cud idąc na przystanek. Każda najmniejsza gałązka, powleczona szklanym, kruchym lodem. Jakby w swej kruchości i przemijalności miał uchronić ją na zawsze, jednocześnie pozwalając jej pięknieć, dzięki swej przezroczystości.
Dni mijają. Powoli, bez zbędnego pośpiechu. Jakiś pokój zapanował, miejmy nadzieję, że dobry. Rano budzi mnie M. Jemy razem śniadanie, pijemy kawę i każdy udaje się do swojego pokoju by oddać się wiernie nauce. Nie przesadnie, ale warto. Nauka na kolejnych latach studiów przybiera coraz to nowe odsłony. Teraz czasem wydaje mi się, że mam już zbyt wiele lat, by mnie oceniano. Że skala zamykająca się w sześciu cyfrach jest zbyt uboga, by nie krzywdzić w swej ocenie. Wydaje mi się, że uczę się z poczucia odpowiedzialności za ludzkie życie, i nikt nie musi stawać na przeciwko mnie i skazywać mnie za to na jakąś ocenę. Wydaje mi się, że zanim skarze, mógłby zrobić dużo więcej. I przyniosło by to dużo więcej. Taki los studenta. Mimo to doceniam czas studiów i dziękuję za każdy dzień, danej mi możliwości studiowania.
Były u nas dziewczyny. Piłyśmy wino, rozmawiałyśmy do późna w nocy. Spałyśmy obok siebie zamknięte w swej młodości. Czasem myślę, jak ta przyjaźń będzie się rozwijać. Jak bardzo odległość kiedyś zmieni naszą niezwykłą bliskość dziś.
niedziela, 13 stycznia 2013
Jest.
Jest pięknie. Nie łatwo. Bo skąd. Ale pięknie. Najtrudniej jest wszystko sobie poukładać. Wszystko po kolei. Bo co jest pierwsze, a co bardziej drugie, co trzecie bardziej od pierwszego. Nie wiem i nie wie nikt. Pokój jest ważny. I prawda. I miłość. I ... i wtedy wszystko samo przybiera swą właściwą kolejność.
Czas jest teraz wymagający. Z jednej strony brak zajęć daje przestrzeń do tworzenia i kształcenia. Z drugiej jednak ta nadmierna swoboda odbiera mi mobilizację i jakąkolwiek samodyscyplinę. Budzik zamiast konsekwentnie stawiać mnie na nogi, cichnie i przytula się udając, że wcale nie chciał zakłócać mojego snu. Później wszystko inne zdaje się bardziej pasować niż nauka, pisanie pracy. Wyjście do muzeum, taniec, wspólny obiad, rozmowa, list. Czasem zastanawiam się czy kiedykolwiek nadejdzie dzień, w którym będę umiała sobie to wszystko poukładać mając niezachwianą pewność, że tak a nie inaczej, i pokój w sercu. Pewnie nigdy. Bo człowiek nie jest doskonały, a te niedogodności nękające serce są wpisane w ludzką egzystencję. Pozostaje żyć.
sobota, 12 stycznia 2013
piątek, 11 stycznia 2013
Czas pozorny
Czas wolny daje mylne pozory wolności. A przecież jest inaczej. Obowiązki pilne, zaprzątają mi głowę. A jednak budzik dzwoniący jest mi obojętny. Późna wieczorowa pora wcale nie skłania do zapadania w kojący sen. Może dlatego, że wcale nie daje ukojenia. Porządki w pokoju miały być pierwszym krokiem i objawem jednocześnie mej mobilizacji. Wszystko wskazuje na to, że kolej na kolejny krok. Sesja, która miała być tylko ostatnim symbolicznym bojem w warunkach zimowych, powoli ukazuje swą przerażającą siłę i odbiera chęć do życia przynajmniej do połowy lutego. I jeszcze niesprzyjające warunki otoczenia, i groźby od wroga nie zasługującego na to by czuć przed nim trwogę. Nie pozostaje nic innego jak tylko zebrać swe wojska, uzbroić w odwagę, odziać w mobilizację, okopać książkami i gotować się do walki. Poza tym wszystkie inne wymiary życia, zdają się przenikać wzajemnie wykłócając o ważność. Nie spieram się z nimi pozwalając sercu na wybór. Bo cóż ważniejsze może być niedzielne wyjście do muzeum czy rozdział w książce?
czwartek, 3 stycznia 2013
wtorek, 25 grudnia 2012
Wciąż ciężko mi pisać. Jakby najzwyczajniej łatwiej było wszystko zachować w sobie. Jeśli tak jest, niech tak zostanie. Ale pisanie, ta pewna forma twórczości, mimo, że być może nieudolna, pozostanie przeze mnie praktykowana. Z pewnością coś kryje się w wylewaniu myśli "na papier".
Święta narodzenia mojego Pana wciąż trwają. Wsłuchując się uważnie w słowa skierowane do owej Marty, staram się skupić na tym co istotne i co tak naprawdę może dać mi nieskończone korzyści. Oczywiście całe ramy świąt zbudowane z solidnej tradycji odgrywają w mym życiu niezwykle ważną rolę, co nie zmienia jednak kierunku, w którym kieruję me myśli. Modlitwy. Słowa i czas spędzony niedawno w Tenczynie wiele wniosły w moje postrzeganie świątecznego czasu, kładąc się rozświetlającym cieniem na obecne dni. Czas spędzony w domu napełnia mnie pokojem. Pomimo tego iż czasem zdania podzielone, czasem odzwyczajenie, czasem dorosłość i samodzielność na codzień wymagana, w tłumie niekonieczna. Pojechaliśmy w środku nocy po J. do Rzeszowa. Był to jeden z piękniejszych momentów w te święta. Utuliliśmy H. kocykiem na tylnym siedzeniu samochodu, włączyliśmy ogrzewanie i jadąc z uważną prędkością po niezwykle śliskiej nawierzchni przez zawieje śnieżne uratowaliśmy brata z szponów pracy, dającej mu chleb. Wróciliśmy przed 4 nad ranem. Kilka dni spędzonych w kuchni w raczej żeńskim gronie, być może nauczył mnie trochę pieczenia i gotowania, być może pokory, ale z pewnością przyniósł ukojenie wielu zgłodniałym osobom, które już odwiedziły lub odwiedzą nasz dom. Zawsze otwarty. Wigilia z rodziną, mimo lekkiego zdenerwowania z powodu bardzo osobistego wydarzenia, jakim jest modlitwa i dzielenie się opłatkiem przyniosła niespodziewane ilości ciepła i bliskości. Prezenty poza swym materialnym wymiarem były okazaniem miłości. Pełnym zaskoczenia. I tak wraz z osobami bliskimi sercu spędziliśmy czas aż do wyjścia na pasterkę, niepostrzeżenie ignorując, poprzez wyłączony telewizor, wszystkie mało atrakcyjne atrakcje oferowane przez media. Kolejna noc nieprzespana. Kolejne dni świąt odwiedzaliśmy rodzinę i spędzaliśmy czas w domu ciesząc się z pełnej obecności.
niedziela, 23 grudnia 2012
Święta Bożego Narodzenia
Myśl o przebaczeniu wciąż zaprząta mi głowę. Przemawia w niej coraz głośniej i wyraźniej. Choinki już ubrane, cały dom owiany atmosferą Bożego Narodzenia. Lampki się palą, świeczki tlą, pierniczki pachną. Musimy mocno się starać by to wszytko nie przysłoniło przyjścia na ten marny świat naszego Pana. Dziś w nocy jedziemy po J. do Rzeszowa, byśmy mogli już wszyscy być w domu. Przy rodzicach, razem.
W sercu spokój. Coś zupełnie dotąd nieznanego.
W sercu spokój. Coś zupełnie dotąd nieznanego.
piątek, 7 grudnia 2012
Ranek
Przepiękna muzyka towarzyszy mi ostatnio, ustrojona poezją, prawdziwą poezją. Wypełnia chwile milczenia, wolne od myśli. Nadaje myślom tor. A ja wstaję codziennie rano. Kiedy noc jeszcze ukrywa dzień pod swą ciemną powierzchownością. Wstaję i jadę tramwajem, który nigdy nie zjawia się na czas, zmuszając mnie do ciągłego pośpiechu. Wstaję, jadę i jestem w świątyni, na porannym spotkaniu z Bogiem, dającym najwspanialszy z możliwych początek dnia, zanim on jeszcze nastanie. Świeczka pali się w moich dłoniach. Cicho i wytrwale. Po wyjściu ze spotkania przechodzę przez rynek, wyjątkowy o tych porannych godzinach. Zapełniony szczelnie ciężarówkami i samochodami dostawczymi, mającymi go za rondo. Wszyscy żyją tam, w tym czasie życiem innym niż w każdej kolejnej godzinie dnia i nocy.
Zima ubrała mnie w czapkę, ciepły szalik i rękawiczki a ja ciągle, nieustannie marznę. Tak już chyba zostanie.
Staram się czytać. Coś mówi mi, że powinnam sięgać po książki, z których będę mogła stworzyć treść mojej pracy magisterskiej. Tak, z pewnością. Ale to nie wszystko. Jak narazie ta jakże istotna kwestia powoli nabiera kształtu. To nie wszystko. Dlaczego zaczynam czytać kilka książek naraz, mając w naglących planach kolejne? Także jedna z polecenia, w formie rozsypujących się kartek plącze się gdzieś na jednej z półek mojego białego mebla. Inna, dotąd nie moja, czytana po kilka stron, zaledwie, w wolnym czasie przechodząc obok, w Empiku. Dziś już, mam nadzieje, w drodze pod mój adres. Następna kupiona w przydrożnej księgarni, na temat macierzyństwa. I jeszcze jedna za trzy złote, kupiona w drodze na obiad, by zabić samotność przy stole. Obok łóżka leży ta towarzysząca mi co wieczór, zapisana listami.
wtorek, 27 listopada 2012
czwartek, 15 listopada 2012
wtorek, 13 listopada 2012
Wyobrażenie
Zaskoczyło mnie wczoraj moje wyobrażenie. Kiedy w pięknym kobiecym towarzystwie piłam czekoladę w jednej z krakowskich kawiarni. Na Brackiej, do której skrywam sentyment nie od deszczu mokry lecz od łez. Zamknęłam oczy. Zrobiłyśmy to wszystkie, ku zaskoczeniu lub przejściu obok tego wydarzenia obojętnie. I wyobraziłam sobie siebie za kilka lat. Pewna sytuacja i pewne uczucie w moim wyobrażonym przyszłym życiu. I choć ta moja sytuacja w przyszłości diametralnie różniła się od obecnej, a wręcz utkana była przeciwnościami, uczucie wdzięczności w sercu było takie samo. Tak teraz jak i kiedyś, wedle wyobrażeń.
To było piękne.
piątek, 9 listopada 2012
Miasto Kielce
Miasto Kielce zaskoczyło mnie mile. Spędziłam tam trzy dni, po tym jak cztery spędziłam w ukochanej Stalowej Woli. Mimo wszelkich pogłosek, od lat głoszących sławę miasta scyzoryków, ja odniosłam niezwykle przytulne wrażenie. Może to i dziwne, ale miło było móc pójść wszędzie na nogach, miłe było nie tylko to. W każdym razie kolejny punkt na mapie, kolejne miejsce, które ugościło na swej ziemi kogoś mi drogiego. D. zabrała mnie na swoje wykłady, które ukazały mi choć odrobinę innego niż medyczny świat studiów. Wspaniale się tam czułam podziwiając formy tworzące architekturę oraz zdobywając wiedzę dotyczącą ocieplania budynków. Inżynierem nigdy nie będę, bo któż chciałby rodzić przy asyście inżyniera, ale bezsprzecznie uważam wszechstronność za skarb. Ostatni czas pokazał mi też wiele. Autobus jadący do Kielc o 21:10 pozostawił nas osamotnione na pastwę nocy na środku dworca. Tymczasem chwilę później znalazła się kobieta, która zaproponowała nam podróż samochodem do tegoż miasta. Od dawna marzyłam o lakierze do paznokci koloru naturalnego. Odpowiedni znalazłam na półce dość drogiej firmy, rezygnując z zakupu z powodu nieodpowiedniej ceny. A tu proszę, gość, nie wiedząc o mych poszukiwaniach przynosi mi w prezencie tenże odcień. Będąc u D. i błądząc gdzieś po zawiłościach internetowego świata, natknęłam się na informację o wydaniu pewnego pisma, dotyczącego mojego zawodu. Zapragnęłam ją kupić i mieć, by czytać. Jednak cena za przesyłkę zniechęcająco dorównywała cenie czasopisma. I co się okazało, wydawnictwo znajdowało się w Kielcach, 10 minut drogi na nogach od mieszkania, w którym przebywałam. No cóż niesamowitości mogą niezwykle wzbogacić życie.
A teraz. Teraz głowa mnie boli.
wtorek, 30 października 2012
"Owszem, jestem pyłkiem, ale na wyjściowej marynarce świata."
Śnieg spadł a wraz z nim przyszły Święta Bożego narodzenia. A przynajmniej atmosfera zimy, śniegu i tej magicznej aury, która wczoraj zawładnęła światem, na to wskazywała. Wieczorem, mroźne powietrze i kiedy tak wracałam do mieszkania patrząc na latarnie przebijające się swym ciepłym światłem przez konary bezlistnych drzew, nic innego na myśl mi nie przychodziło, jak Święta Bożego Narodzenia. Jest jeszcze jednak trochę czasu. Dopiero kończy się październik. Dziś śnieg stopniał dając mi ulotne wrażenie nadejścia pierwszych dni wiosny. W ciągu dwóch dni minęło pół roku.
sobota, 27 października 2012
Idź.
Ciężko bez pisania, kiedy w głowie wciąż rodzą się myśli, przeznaczone do zapisania. Chwila ciszy. Pauza. Ale rzeczywistość trwa. I trzeba żyć teraz. Nie przeszłością, przepraszając. Nie przyszłością, prosząc. Ale teraz, dziękując. I nie ujmuje to wielkiemu znaczeniu słów: przepraszam i proszę, w moim i naszym życiu.
Kraków jest inny. Każdego dnia, każdego roku, od kiedy użyczył mi swego kawałka świata, po dziś. W tym roku wyjątkowo. Choć jeśli spojrzę wstecz, nie ma dwóch podobnych dni.
Zdarzyła mi się ostatnio sytuacja wyjątkowa. Jechałam pewnego wieczoru tramwajem, wracając z dworca do mieszkania. Tramwaj dość duży, zapełniony był ilością ludzi zajmującą niemalże wszystkie miejsca siedzące. Niektórzy być może stali. I nagle kiedy on sam stanął na światłach tramwajowych, które podziwiam za ich prostotę, silnik ucichł. I niesamowite było to, że w całym tym ludzkim skupisku nikt nie mówił ani słowa, nikt nie rozmawiał, nikt nie odbierał telefonu, ni do nikogo nie dzwonił. To była naprawdę zauważalna różnica. Jedyne dźwięki, jakie dawały znać o sobie niewyraźnie to ledwie słyszalne dźwięki melodii odsłuchiwanych samolubnie poprzez słuchawki, osobiście i indywidualnie. I zastanowiłam się wtedy chwilę. O czym to świadczy. Czy to normalne zmęczenie ludzkie, nazbierane w jednym miejscu, po pracowitym dniu. Czy może zamknięcie w sobie, łącznie z zagłuszeniem świata, spowodowało tę samotność. Samotność wśród tłumów.
czwartek, 11 października 2012
niedziela, 12 sierpnia 2012
Dużo się zmieniło
Nie mogę już tu pisać.
Nie chcę tego.
W przypływie czasu i kiedy moja, i tak trawiąca mnie, tęsknota za pisaniem natchnie mnie do założenia innego miejsca, służącego ku temu - zrobię to.
Za chwilkę.
Czasu nagle zrobiło się tak wiele.
Nie chcę tego.
W przypływie czasu i kiedy moja, i tak trawiąca mnie, tęsknota za pisaniem natchnie mnie do założenia innego miejsca, służącego ku temu - zrobię to.
Za chwilkę.
Czasu nagle zrobiło się tak wiele.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Jeśli nie zrobię tego dziś, jutro mogę nie mieć czasu...
Skończyła się sesja. Szczęście zalało mnie, a wraz z nim nadszedł katar, ból głowy i złe samopoczucie. Stres odbił się na mojej odporności, zabierając radość z pierwszych wolnych od nauki dni. Nie ważne. Przede mną całe wakacje. Wróciłam do domu. Stalowa Wola wydaje mi się teraz wymarzonym miejscem, w którym mogę odetchnąć. Mogę zacząć czytać książki, pisać, spędzać czas z rodzeństwem, rodzicami, zapomnieć o ciągłym pośpiechu. Sesja skończyła się i mimo, że mało sypiałam, piłam ogromne ilości kawy i jadłam nie zważając na to co jem, jestem bardzo wdzięczna za jej owoce. Nadszedł czas odpoczynku. Pożegnałam się z dziewczynami, na te kilka tygodniu, po których spotkamy się w jakże wyjątkowych okolicznościach. Wracając z Krakowa, chciałam zrobić coś dobrego, za co zostałam zdecydowanie ukarana, a następnie pocieszona odwiezieniem do domu i czekoladą z orzechami przez niezwykle miłego pana w białej koszulce, co natomiast utwierdziło mnie w przekonaniu, że jak najbardziej mogę być dobrym człowiekiem, postępującym uczciwie. Wróciłam. Pojechałyśmy z D. do cioci. Namiastka raju na ziemi. Zbierałyśmy poziomki, i jadłyśmy deser. Podlewałyśmy trawę, na co znów mój organizm odpowiedział wielkim sprzeciwem w postaci uczulenia na jakiekolwiek przejaw natury. Wieczorem podziękowałyśmy za wszytko na Mszy Świętej, po której do ciemnej nocy uczestniczyłyśmy w ognisku. Wakacje zaczęły się.
wtorek, 19 czerwca 2012
sobota, 16 czerwca 2012
sobota, 2 czerwca 2012
This is England
Będę o tym pisała dniami i nocami.
Będę o tym śniła i opowiadała wnukom.
Historia pewnej miłości.
Będę o tym śniła i opowiadała wnukom.
Historia pewnej miłości.
środa, 23 maja 2012
Znajdę czas.
Ponieważ zawsze uważałam słowa zapisane za istotną wartość, chcę znajdować czas na zapisywanie moich myśli. Jedynie czego żałuję to tego, iż wciąż nie posiadam notesu, w którym mogłabym zbierać myśli nachodzące mnie w sytuacjach bardziej dotykających życia niż siedzenie przy komputerze, w oderwaniu od niego. Pamiętam, że w dzieciństwie dostałam od mamy zeszyt, na którego okładce zapisano kołaczącą dotąd w mej głowie myśl:
"Piękno tkwi w Twoich myślach, które zapisane na kartce stają się Twoim czynem."
Czas. Miałam ostatnio zajęty. Wstawałam wcześnie, chodziłam spać nad ranem. Ponieważ był to tydzień przeznaczony dla studentów - juwenalia - utożsamiałam się z nimi chodząc na koncerty i spędzając miło czas. Jeden z moich wykładowców ostatnio mówiąc nam o pochodzeniu tego święta stwierdził, iż dawniej było to święto głupców. Być może. Ku mojemu szczęściu mogłam również w tym pięknym czasie pracować z uśmiechem ratując domowy budżet. Często zastanawiam się nad poważną etatową pracą, jednak mój priorytet ostatnich lat każe mi studiować. Dorywczy zarobek wobec tego, okazuje się wybawieniem ze zmartwień i kłopotów. Pracowałam rozdając ulotki, stojąc na skrzyżowaniach ulic, w tłumie ludzi, przechadzając się rynkiem. Przyjemna praca wiążąca się z uśmiechem na twarzy i milionami "proszę" i "dziękuję". Najprzyjemniej pracować mi było na rynku, stanowiącym dla mnie niezwykle urocze miejsce. Ostatnio dotknęło mnie tam właśnie uczucie udomowienia. Stojąc na placu Wszystkich Świętych, pewnego ciepłego wieczoru, poczułam się jak u siebie. Na rogu ulic przy tym właśnie placu znajduje się wyjątkowa kawiarnia. Z. pokazała mi ją jakiś czas temu i od tamtego czasu bywam w niej bardzo często. Koszt kawy białej na wynos czy na miejscu to 3,5zł, a do tego dookoła znajdują się dziesiątki wyjątkowych pralinek i czekoladek. Na rynku tłumy. Zrobiło się ciepło, wiec i ludzie miejscowi i z za granicy wyszli na ulice. Nie przepadam za tłumami, woląc ciszę. Jednak w takich momentach, gdy miasto spodziewa się wielkiej rzeszy ludzi, pewni sprzedawcy rozkładają na rynku drewniane budki z różnościami. Ja chodzę wśród tych budek jak zaczarowana oglądając te cuda ludzkich rąk. Moją kuchnię zdominowały jadłodajnie studenckie. Tu również mam już taką, która daje miłe pozory domu. Nie mojego, bo tego nie da się, ale takiej ogólnie rozumianej domowej atmosfery. Trzeba wejść w Bracką i odbić w pierwszą uliczkę w prawo. Ceny niskie, bardzo, jedzenie pyszne, a zupa pomidorowa najlepsza. Przyszedł czas letni, choć kalendarz nie ogłosił jeszcze tego oficjalnie. Na ul. Sławkowskiej stałam już dwukrotnie w kolejce po lody, prawdziwe włoskie, ale takie w rozumieniu włoskim nie naszym, nakładane szpachelką. Tak to wygląda w rozumieniu moim. Zabrałam w te wyjątkowe miejsca M., która była mym gościem tydzień temu. Kupiłam sobie pocztówkę z obrazem Wyspiańskiego Macierzyństwo. W ostatnim czasie miałam też zaszczyt żegnać wielką osobę, mówiącą pięknie, pewnego dominikanina. Tego samego dnia od rana natomiast, siedziałam i szyłam spódnice. Na korowód studentów ulicami miasta, na który armią położnych wybrałyśmy się, przebrane za zespół śpiewający piosenkę na tegoroczne słynne Euro. Wobec tego jednego dnia powstał pomysł, następnego sklep z używanymi rzeczami za grosze dostarczył nam niezbędnych materiałów, kolejnego od rana szyłyśmy stroje, po to by w piątek od świtu je prasować. O 10:00 pojawiłyśmy się w tłumie przebranych różnorodnie studentów z ową wspomnianą pieśnią na ustach. Czerwonych ustach. Miłe było wielkie patriotyczne poruszenie jakie wywoływałyśmy w niemalże każdej spotkanej osobie. Piątek był czasem kulturalnym. Noc muzeów spędziłam razem z J. w Teatrze Starym, słuchając opowieści, wchodząc na scenę i kłaniając się przed niewidzialną publicznością. Dlaczego tak ukochałam teatr? Po tygodniowym świętowaniu moje siły zostały wyczerpane i z przyjemnością odsypiałam zmęczenie udając, ignorując dzwoniący budzik. Niedziela dostarczyła mi spokoju. W poniedziałek natomiast wróciłam do wydarzeń dnia codziennego przypominając na nowo, co jest w studiowaniu tak ważne. Ponieważ następnego dnia czekało mnie zaliczenie zabrałam się zaraz do czytania zadanej mi książki Stanisława Lema Szpital przemienienia. Piękna polska proza ujęła me serce, kontrastując mocno z tanimi tłumaczonymi kryminałami. Zaliczeniem zakończyłam zajęcia na uczelni, chwilę później zaczynając je w szpitalu. Mimo to, czwarty rok odwodzi mnie usilnie od poczucia bycia położną. Sama muszę o to walczyć. Kupować książki, jeździć na konferencje. Robię to z przyjemnością, pchana siłą odpowiedzialności za siebie, kobietę, dziecko i całą ich rodzinę. Wsłuchuję się w zawiłości położnictwa mając miliony przemyśleń. Dziś przyjedzie do mnie brat. Czekam na niego.
wtorek, 22 maja 2012
Nie znajdę czasu.
Piosenka, która urzeka mnie ostatnio.
http://evell24.wrzuta.pl/audio/3ZWw63neSBG/kayah_-_wiosna_przyjdzie_i_tak
Kim jest święta Rita? Dowiedziałam się oglądając jej życiorys, dziś doświadczyłam jej trzymając różę w ręku.
Dzień mija za dniem. Mijając niepostrzeżenie. O tygodniu wypełnionym juwenaliami nie wspomnę. Codziennie, dnia każdego ... napiszę w przypływie sił.
Dodam nawet zdjęcie.
Dziś idę spać.
Szpital przemienienia Stanisława Lema - zajął mi całą wczorajszą noc, teraz jestem niewyspana.
http://evell24.wrzuta.pl/audio/3ZWw63neSBG/kayah_-_wiosna_przyjdzie_i_tak
Kim jest święta Rita? Dowiedziałam się oglądając jej życiorys, dziś doświadczyłam jej trzymając różę w ręku.
Dzień mija za dniem. Mijając niepostrzeżenie. O tygodniu wypełnionym juwenaliami nie wspomnę. Codziennie, dnia każdego ... napiszę w przypływie sił.
Dodam nawet zdjęcie.
Dziś idę spać.
Szpital przemienienia Stanisława Lema - zajął mi całą wczorajszą noc, teraz jestem niewyspana.
czwartek, 17 maja 2012
środa, 16 maja 2012
Tak się złożyło, że wracam w środku nocy do mieszkania. Sama. Tak się złożyło. Czasem. Moje osiedle całe zalane deszczem. Najwidoczniej płakało z tęsknoty. Idę, tym razem nie pocieszając nikogo, żadnego z tych najmniejszych. Nie odprowadzam nikogo do domu. Szłam spokojnie. Ostatnio codziennie tak się zdarza. Trwa tydzień juwenaliowy. Studenci pod wpływem alkoholu i dobrych nastrojów zalewają miasto swym wszechobecnym głosem. W nocnych autobusach brakuje miejsc. Gdyby nie pewien ciemnoskóry mężczyzna pewnie siedziałabym teraz na przystanku, w środku tego miasta i towarzystwie zapitych na sen i czekała, marznąc, na kolejny nocy autobus. W autobusach jak zwykle miliony twarzy, miliony słów, miliony żyć, miliony wyobrażeń. I ja. Jedna. Ten wyjątkowy tydzień sprawia, iż plany plany, które w ostatnim czasie szczelnie wypełniają mi życie, teraz wręcz stoją w kolejce. Dziś rano uszyłam pięć spódnic, na korowód, który odbędzie się w piątek. Później praca, i moje wielkie zaangażowanie. Miasteczko, plaża, zabrakło stroju. Rozebrałam się przez M., z którym chodzę na basen. Wystarczy. Czepek. Stanowczo wystarczy. Z. wspólny z nią obiad, oscypek z żurawiną na rynku, i kawa w naszej kawiarni odkrytej, gdzieś za rogiem. Zaraz przy moim ulubionym kiosku. I znów do pracy, ja pełna zaangażowania. Palce zamarzły mi na śmierć od wydzielania. Następnie koncert z A. i Czesław nam śpiewał Miłosza.
Piszę w środku nocy, dopóki jeszcze mam głos, który jutro rano z pewnością będzie stracony.
piątek, 11 maja 2012
wtorek, 8 maja 2012
Siedzę tak sobie i uczę się do zaliczenia. Na moim łóżku, z braku biurka. Trochę zmęczoną, trochę śpiąca. Stęskniona z pewnością. Myślę o tym, że dobrze by było mieć Cię przy sobie. Siedzieć tak teraz, każde nad swoimi książkami, ze studenckimi problemami w głowach. Planować jutrzejszy spacer, dać buzi i wrócić do książek, czytanych przy zapalonej lampce. A tak, samotność wyziera z każdego konta. Pustka i smutek pojedyńczości. Brakuje mi Ciebie od czterech lat.
poniedziałek, 7 maja 2012
Powrót do miasta królów
Tydzień minął mi niezauważenie. Na jego początku Tychy, i przepiękna wizyta u kuzynki. Długi uciążliwy powrót do domu. Matura, która na wspomnienie mojej własnej przyprawiła mnie o szybkie bicie serca. I tak siedziałyśmy z Dorotką, rano zamknięte w domu z powodu uciążliwych upałów, wieczorami podziwiając na balkonie piękno burzy. Spędziłam trochę czasu z Hanią, na czym ogromnie mi zależało, i szkoda, że musiałam w pewnych momentach odmawiać jej tego czasu. Żałuję tego siostrzyczko i cierpię zawsze, gdy muszę wybierać. Jej poczucie humoru i inteligencja jest dla mnie ukojeniem. Z Jackiem popracowaliśmy trochę nad naszą działką, zdobywając ją krwią i blizną. Jeszcze wiele przed nami, ale jestem dumna z tego co już udało się osiągnąć. Nie mamy o tym profesjonalnego, lub choćby doświadczalnego pojęcia, mam jednak nadzieję, że dojdziemy ostatecznie do założonego celu. Wierzę w to. Sprawy krakowskie odłożyłam chwilowo na bok, oddając się całkiem tym pozostałym. Teraz przyszedł czas powrotu i do Krakowa i do tego co tu. Cieszę się. Doceniam każdy ten dzień.
piątek, 4 maja 2012
Zbyt mało czasu
Koniecznie muszę stworzyć coś w rodzaju mapy zdarzeń i czynności jakie mam wykonać w najbliższym czasie. Aby nie zapomnieć, aby się nie poddać, aby głupio nie tłumaczyć, że nie ma czasu i sił i w ogóle nic nie jest możliwe. Bo jest. Cały świat został nam dany po to właśnie by było możliwe,by piąć się do nieba. Życie moje podzielone. D. pisze maturę, a ja trzymam w sobie chyba wszystkie nerwy świata z tego powodu. Czytam z nią, nie śpię, chodzę na Mszę Świętą, robię herbatę, czekam pod szkołą, i jeśli by się dało zabrałabym część tego, co ona teraz, na siebie. Rzecz w tym, że chyba tylko ja uważam, że to tak ciężkie. Ona sobie z tym dzielnie radzi.
Tydzień minął mi niezauważenie.
Tydzień minął mi niezauważenie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
