Siedziałyśmy z A. na trawie nad Odrą. Postanowiłyśmy. Piknik. Synchronizacja dyżurów, data ustalona. Optymalna, tak ciężka w 12 godzinnym trybie naszego życia. A jednak. A. ma swój i mój grafik, ale powiedziała, że mi mojego nie odda. Wieść rozniosła się po szpitalu. Kilka wymienionych wiadomości i role zostały podzielone. Nastał dzień. Byłam po ciężkiej nocy. Ktoś inny przed ciężkim dniem. Ale na czym innym ma polegać nasze życie, jeśli nie na tych relacjach, które zakwitają nad Odrą na trawie zielonej. Samochód pełen rzeczy, wiklinowy koszyk, grill, jedzenie. My. One. Rozłożyłyśmy koce. I. rozpaliła grilla, pełniąc rolę strażnika ognia niezastąpionego. Pyszne potrawy rozłożyłyśmy na talerzach, komponujących się ze sobą białych plastikach i beżowej porcelanie. Rozlałyśmy do kubeczków jasno różowy napój. Spędziłyśmy razem czas. Słońce górowało, a następnie powoli zachodziło w naszej obecności przenosząc miejsce pikniku w pogoni za światłem i ciepłem. Bo na czym innym ma polegać nasze życie jeśli nie na wielbieniu stworzenia jakim jest jasne słońce na niebie błękitnym, zielona i miękka trawa pod naszymi stopami, niebieska rzeka płynąca tuż obok, i ludzie, przede wszystkim ludzie.
poniedziałek, 31 marca 2014
czwartek, 27 marca 2014
Życie bywa przewrotne. Może to i dobrze. Na pewno. Coś co wydawało się jeszcze przed chwilą największym nieszczęściem, karą za nic, utrapieniem i uciemiężeniem dziś przeobraża się w szczęście, którego ciężko się wyrzec. To daje nadzieję. Wielką nadzieję.
Szczęście we mnie rozkwita.
Miłość we mnie płonie.
Szczęście we mnie rozkwita.
Miłość we mnie płonie.
poniedziałek, 24 marca 2014
Panna wyklęta
Słuchałam dziś płyty "Panny wyklęte". Wciąż ubolewam, że nauka historii w szkole nie sięgnęła nigdy II Wojny Światowej. Nie wiem nic o tamtych czasach. Nie wiem prawie nic. Słuchałam i jedno wiem. Chcę umierając móc powiedzieć: "(...) zachowałam się jak trzeba." One są dla mnie przykładem. Ich siła, wiara, nadzieja i miłość.
I co pierwsze przychodzi mi na myśl, to zadzwonić do H. i powiedzieć:
I co pierwsze przychodzi mi na myśl, to zadzwonić do H. i powiedzieć:
"Powiedz bliskim
zachowałam się jak trzeba
nie dla medalu, tam już nagród nie potrzeba
to dla ciebie kropelka Polski
daj ją dzieciom gdy nie wiedzą o czym śnić."
niedziela, 23 marca 2014
Jestem położną.
Jestem położną. Wybrałam ten zawód mając kilkanaście lat. Nie wiedząc o nim zupełnie nic. Asystowanie przy narodzinach dziecka - te jedyne i wystarczająco przekonujące słowa sprawiły, że postanowienie to było i nadal jest, głęboko i stabilnie zakorzenione w moim sercu. Dziś jednak jestem już położną posiadającą numer prawa wykonywania zawodu i podbijającą się pod wykonanymi czynnościami własną pieczątką. Dziś moje marzenie zmieniło się w rzeczywistość, a ja wciąż nie mniej wzruszona staję wobec faktu narodzin nowego życia. Położnictwo to służba. Zawsze tak o tym mówię, i zawsze to podkreślam, by każdy wiedział, że jako położna jestem po to by mu służyć. Nie mówię tego po to absolutnie by umniejszyć temu zawodowi, który określany jest jako „najpiękniejszy zawód świata.” „Położna to najpiękniejszy zawód świata. To kobieta w bieli, otwierająca oczy na świat i usta do krzyku.” Stanisława Leszczyńska – położna II Wojny Światowej. Bycie położną, to bycie tą, która służy, ale niezwykle ważne jest to, iż słowo „służba” nie jest tu jednokierunkowe. Owa służba, o której mówię, służy mnie samej. Jako położna staję u progu życia w roli pokornej służebnicy Pana i kobiety poddanej aktowi narodzin zamyślonemu przez Stwórcę. Kto dokładniej zagłębi się w tematykę dotyczącą okołoporodowej części życia opisanej od strony fizjologii ciała ludzkiego, dostrzeże jak wiele pokory wobec natury trzeba mieć opiekując się kobietą ciężarną, rodzącą czy położnicą. Dostrzeże również jak idealnie Bóg stworzył kobietę do bycia matką, jak doskonale zaplanował akt porodu. Jak niewiele mogę zrobić, jak wiele mogę służyć. J. H. Schmidt w roku 1855 pisze: „[…] akuszerka przy porodach prawidłowych ma wiele do uważania, mało do działania; nie ona lecz natura płód na świat przynosi. Zwracając spokojnie uwagę na naturę, starać się wiec o to powinna, aby szkodę oddalić, niż aby istotną korzyść przynieść, kto wiec chce czynić więcej, niż tego potrzeba, zawadza niewczesnym działaniem swem naturze […]” Widać to szczególnie w porodach fizjologicznych kiedy, jak to ładnie zostało ujęte, przyjmuje się poród na swoje ręce, nie zaś odbiera. Służy nie zaś działa. Nie umniejszam tym samym dorobkowi medycyny w zakresie położnictwa, która bez wątpienia ma wiele nieocenionych zasług w opiece okołoporodowej. Mówię tu o zupełnie innych aspektach, kryjących się poza cielesnością kobiety i dziecka. U progu życia można dostrzec Boga. A może raczej, nie można Go tam nie dostrzec. Piękno i wyjątkowość tego wydarzenia oraz ogrom miłości jaki jest obecny gdy nowe życie pojawia się na świecie, gdy to kobieta jako wybranka Boga czynnie uczestniczy w akcie tworzenia świata, w tym stwórczym akcie, który Bóg rozpoczął stwarzając raj, nie równa się z żadnym innym wydarzeniem. A ja jako położna mam zaszczyt w tym uczestniczyć. To tak jakbym kilka razy w tygodniu stała u boku Boga, który u początku świata stwarzał wszystko co dobre. To zaszczyt.
sobota, 22 marca 2014
czwartek, 20 marca 2014
Kino studyjne
Kino studyjne. W czasach gdy możliwość oglądania filmów za darmo daje nam piracka przestrzeń internetu, z drugiej strony znów, dopiero za ciężko zarobione pieniądze otwierają się przed nami sale wielkich kin umieszczonych przy centrach handlowych, 8zł i najwyższe piętro jednej z kamienic opolskich wydaje się być idealne.
"Smak Curry" to polski tytuł filmu głęboko osadzonego w kulturze indyjskiej. Akcja toczy się w zatłoczonych Indiach, których gwar niepostrzeżenie wkrada się na salę kinową, zaskakując egzotycznością tego kraju. Kobieta, główna bohaterka, przyrządza z namaszczeniem posiłki dla swojego męża, walcząc tym samym o jego miłość, podczas gdy on z obojętnością omija ją w każdej sferze ich wspólnego życia. Tymczasem menażka zawierająca kwiat tradycyjnej indyjskiej kuchni trafia do zupełnie obcego mężczyzny. Pomiędzy dwójką nie znających się ludzi, rozpoczyna się dialog, pisany listami, rozwijający się i urastający do czegoś więcej niż podziękowania za przyrządzony posiłek. "Smak Curry" to film bez zbędnych słów, przeplatający całą gamę uczuć i emocji z trafnie sformułowanymi zdaniami, które zamykają rozgrywające się sceny w idealnie dopasowane ramy jednocześnie otwierając przed widzem całe przestrzenie nakłaniające do przemyśleń.
czwartek, 13 marca 2014
Szczęście.
W ciągu życia, roku, miesiąca czy nawet dnia zdarza mi się wiele razy weryfikować swoje szczęście. Skupiać myśli i uwagę na tym ulotnym uczuciu ulokowanym gdzieś nieuchwytnie głęboko w sercu czy na dnie duszy, by odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jestem szczęśliwa? Odpowiedź zazwyczaj maluje się sama, choć wciąż ciężko uchwycić jej kolory czy kształty.
Kupiłam dwa dni temu płyn do płukania, który używa moja mama, w ojczystym mym domu. Zrobiłam pranie i teraz pokój w hotelu zalewa zapach przynoszący mi na myśl ją i dom. Piękne.
Dziś po szkoleniu BHP, jakże istotnym, poszłyśmy z A. i A. na obiad i spacer na wyspę. Usiadłyśmy na trawie, łapiąc ciepło popołudniowego słońca i rozmawiałyśmy o sprawach nie tyle wzbudzających uśmiech na twarzy, co prowokujących do śmiechu w głos.
Wyzbyłam się jakichkolwiek wymagań wobec życia. A może postawiłam sobie za cel doskonałe wymagania. W każdym razie wymaga to ode mnie nic i najwięcej jednocześnie. Nie dotyczą mnie rozmowy o kredytach na mieszkanie. Nie dotyczą te o tym na co wydać pieniądze, a na co nie.
Wczoraj zebrałam się na odwagę. Mimo później pory o jakiej wstałam, po ciężkiej nocy w szpitalu, tj. 16:00, poszłam na spotkanie wolontariuszy jednego z opolskich stowarzyszeń. Bałam się. Wstydziłam. Bo sama. Bo jestem położną, i tak do końca nie wiadomo czy w ogóle będę tam potrzebna. Poszłam jednak. I cieszę się, z odwagi, poznanych ludzi, pojawiających się perspektyw.
W dniu wczorajszym również, pomimo, iż późne wstawanie tj. 16:00 zazwyczaj budzi dojmujące poczucie smutku z powodu straconego dnia, zdążyłam do kina studyjnego na seans. Będąc pewna, iż obejrzę film o Indiach, z przyjemnością zobaczyłam holenderską produkcję o zaskakującym przesłaniu. Zapłaciłam 8 zł, usiadłam w drugim rzędzie, uśmiechnęłam się w głębi duszy i podziwiałam, nie widząc.
piątek, 7 marca 2014
Żyję w mieście.
Podróż na wschód dodała mi sił, wiary, nadziei i miłości. Ciepło domu ogrzało, wlało w serce coś, co teraz tli się we mnie, w tej dalekiej krainie, w której przyszło mi dziś żyć. Piszę dziś, bo wczoraj jeszcze nie spodziewałam się, że będę tu mieszkała, jutro znów mogę zdziwiona patrzeć w przeszłość żegnając to miasto. Nigdy nic nie wiadomo. Żyję więc dziś. Wczoraj natrafiłam na film zatytułowany "Poland is beautiful" ukazujący piękno naszego kraju. To prawda. Zobaczyłam tam Mazury, które od pierwszych lat mojego życia kołysały mnie delikatnością fal na jeziorze. Zobaczyłam błękit wody, który od zawsze obecny był w moim życiu dzięki rodzicom, stając się miejscem, do którego wraca się jak do siebie, jak do świata stworzonego przecież dla każdego na własność. Zobaczyłam morze, linię polskiego horyzontu. Zobaczyłam Zakopane i Tatry, od zawsze zbudzające podziw i szacunek. Zobaczyłam też Podkarpacie, Rzeszów i Bieszczady. Wzruszenie zalało moje serce, nie czekając na pozwolenie, na jakikolwiek znak. Tęsknota zaszkliła oczy, na chwilkę przed wyjściem do pracy. A mimo to, jestem tu szczęśliwa. W tej odległej krainie, która porywając mnie z bezpiecznego, znanego mi dotąd świata odkryła przede mną nieznane mi przestrzenie. Tęsknoty i pragnienia serca, są moją modlitwą. Szczęście we mnie dziś, w tym, życiu takim jakie jest, jest we mnie wielbieniem Najwyższego.
Żyję w mieście, które nie zaznało zimy. Wciąż na niebie świeci słońce, pozwalające na spacery, ukazujące piękno kamienic otaczających rynek, wyspy, będącej parkiem, czy wody przecinającej Opole na wskroś. Żyję w mieście, w którym wszędzie jest mi blisko. Do teatru, do kina, do galerii, na rynek, nad Wenecję opolską, nad Odrę, na bulwary, na dworzec PKP, na dworzec PKS, do amfiteatru, do fontanny, na wyspę, która jest parkiem, nad staw i molo na tym stawie umieszczonym w samym sercu zieleni. Żyję w mieście, gdzie istnieje biblioteka filmów, pozwalająca wypożyczać filmy, co stanowi dla mnie nowość i nowo odkrytą możliwość. Żyję w mieście, w którym na najwyższym piętrze jednej z kamienic (znajdującej się nie więcej niż 5 minut od mojego mieszkania) znajduje się urocze kino studyjne, gdzie filmy mogę oglądać za 8 zł, pijąc przy tym herbatę z miodem z mojego przeciekającego, lecz wiernego termosu. Żyję w mieście, które okazało się nie być końcem świata dla bliskich mi ludzi. A nawet jeśli jest końcem świata, to ludzie mi bliscy, ku mojemu szczęściu, są w stanie na ten koniec świata za mną pójść. Żyję w mieście, które dało mi pracę, które kształtuje we mnie wiedzę i umiejętności, które sprawia, że staję się położną.
Żartujemy sobie z A., wychodząc ciemną nocą z pracy, że toczymy sobie tu nasze życie, mieszkając na terenie pracy, okno w okno ze szpitalem, czytając książki w pokoju hotelowym i robiąc wspólnie zakupy dla zabicia czasu, ale w prawdzie jesteśmy obie szczęśliwe.
Tęsknoty i pragnienia serca, są moją modlitwą. Szczęście we mnie dziś, w tym, życiu takim jakie jest, jest we mnie wielbieniem Najwyższego.
Amen.
czwartek, 27 lutego 2014
Jak zwykle na wschód
Wracam dziś do domu. Od rana czuję z tego powodu szybsze bicie serca. Tysiąc razy sprawdziłam już czy mój bilet jest na dziś i czy o godzinie, o której spodziewam się zastać autobus na dworcu. Spakowałam jak najmniej rzeczy, jadąc z pustą walizką będę mogła znów jak najwięcej domu i miłości w nim skrytej zabrać na zachód ze sobą. Uruchomiłam całe możliwe wsparcie by nie wyjść dziś z pracy po godzinach, co mogłoby przyczynić się do spóźnienia na to jedyne i wyjątkowe połączenie Opola ze Stalową Wolą. Nie mogę się już doczekać, uwierzyć też nie mogę i nie uwierzę dopóki nie zobaczę szerokich ulic mego miasta. Praca dziś będzie dla mnie ciężka, będzie oczekiwaniem i tęsknotą do tego co tam, wymagającym ciągłego skupienia na tym co tu.
piątek, 14 lutego 2014
Katowice
Jadę dziś do Katowic na konferencję położniczą. Powoli staje się to znów dla mnie normalne. W przeciwieństwie do początków mojej pracy w tym zawodzie, kiedy to natłok zdarzeń sprawiał, że nawet czytanie "Akuszerki", która jest przecież powieścią, wieczorami wydawało mi się znaczną przesadą. Jadę więc, zdobywać wiedzę, co ostatnimi czasy jest nieodłącznym elementem mojego życia. Tym razem już nie z perspektywy studentki, ale osoby podbijającej się pod wykonanymi czynnościami własną pieczątką. I dobrze, ze do Katowic, do których brak mi sentymentu. Gdyby to był Kraków, wysiadłabym i została.
czwartek, 13 lutego 2014
D. była u mnie. Spędziłyśmy razem trzy dni. Trzy dni wolne od pracy, a jednak moje myśli wciąż do niej wracały, rozmowy nieustannie nawiązywały do trudów położnictwa. Zwiedziłyśmy Opole. D. równie zgodnie ze mną określiła je jako śliczne miasto. Spacerowałyśmy po starej, najbardziej urokliwej jego części, którą mam zaszczyt zamieszkiwać, spełniając jednocześnie odwieczne marzenie mieszkania w kamienicy. Spacerowałyśmy nad opolską Wenecją, po wyspie Bolko. Siedziałyśmy na molo nad zamarzniętym stawem. Piłyśmy kawę w ukrytej w podziemiach kawiarni. Gotowałyśmy razem obiad. Wszystko to tworzyło wspólne życie, którego brakuje mocno już zaraz po pożegnaniu na dworcu autobusowym, z którego to D. ruszyła w drogę do naszego domu na Podkarpaciu, a ja powoli wróciłam w ten mroźny wieczór do pustego pokoju hotelowego. Nie przywiązuję się jednak do tej pustki, do odległości, do życia w hotelu, bez własnego przedpokoju i kuchni. Nie snuję planów.
poniedziałek, 10 lutego 2014
wtorek, 4 lutego 2014
Proste, codzienne zdarzenie.
"Nie wiadomo, jak długo trwałoby to kurtuazyjne oczekiwanie, gdyby nie Miriam, która pozdrowiła Eliszebę pozdrowieniem pokoju, a słowa jej, zwyczajne i proste, okazały się w skutkach wydarzeniem niezwykłym, wybiegającym daleko poza powszedni zwyczaj powitania. Jest to jeszcze jeden dowód na to, że cudem jest nie tylko wskrzeszenie zmarłego czy uleczenie ślepca ślepego od urodzenia, ale może nim być również proste, codzienne zdarzenie, które z przyczyn głębokich, lecz niedostrzegalnych dla ludzkiego umysłu otwiera przed człowiekiem widok w głąb spraw niedocieczonych."
R. Brandsteaetter "Jezus z Nazaretu"
sobota, 1 lutego 2014
Wstaję o piątej trzydzieści rano. Klękam. Modlę się. Oddaję moje oczy, myśli, ręce, serce, wiedzę i umiejętności. Oddaję wszystkie kobiety i nowe życia tlące się w nich pod opiekę doskonalszą od mojej. To Bóg stoi u bram życia. Oglądam wieczorami "Call the midwife." Odnajduję tam pasję, powołanie, zaufanie, oddanie. Widzę tam młodą położną w niebieskiej sukience, podobnej do mojej. Widzę jej starania, słyszę jej myśli wypowiedziane z perspektywy czasu głosem starszej kobiety. Ktoś zapytał czy nie dość mi "pracy w pracy", a ja myślę, że położnictwo to więcej niż praca.
piątek, 31 stycznia 2014
"Grobowiec świetlików"
Kiedyś wieczorem w domu przypadkiem natrafiłam na film animowany o chłopcu i jego małej siostrze podczas wojny. Obejrzałam go, myśląc, że to jedna z tych bajek, na które trafia się przypadkowo i zapomina o nich wraz z nastaniem napisów końcowych. A jednak oglądałam scenę po scenie z zapartym tchem. Po latach film ten wciąż wracał do mnie, gdzieś przypadkiem, raz na jakiś czas, jego sceny malowały się we wspomnieniach skłaniając do ponownego obejrzenia. Nigdy jednak nie udało mi się go odnaleźć, nie udało mi się dobrać odpowiedniej sekwencji słów, którą google uznało by za właściwie naprowadzającą na ten film. Stał się on więc wspomnieniem dawnych lat, nieuchwytnym, a im bardziej nierealnym tym bardziej upragnionym. Takim jak jakiś smak czy zapach, który mocno z czymś się kojarzy, ale tylko z czymś co było ważne i raz i nigdy się nie powtórzy. Dziś jednak podczas czytania artykułu o sytuacji kapucyńskich misjonarzy w Afryce, napisanego przez Hołownię, u boku strony mój wzrok przyciągnęły wybrane sceny animowanego filmu. "Grobowiec świetlików". Tak to on. Z 1988 r. Niesamowite jak spełnienie najskrytszego marzenia.
sobota, 25 stycznia 2014
Przypowieść o witrażach
Człowiek pewien widział, jak gasły gwiazdy
I płynęły astronautyczne
Wyprawy po złote runo
I pomyślał, że łatwiej jest zdobyć
Puste przestrzenie między galaktykami
Niż pokonać pustkę własnego serca.
Kto w nocy płacze, wtórują mu gwiazdy.
Spytał jedną z dróg swoją mleczną siostrę,
Czy zna uczucie lęku, rozpaczy i cierpienia.
Nie otrzymawszy odpowiedzi,
Pochylił głowę i zakrył oczy dłonią,
Gdyż walcząc o swoje istnienie
W kosmosie
Zapomniał, że jest jedną z postaci
Obwiedzionych ołowiem w kolorowym witrażu.
Istniał, gdy przenikało go światło.
Ponieważ żył w ciemnościach,
Był niewidomym szkłem.
Roman Brandstaetter
Życie wydaje mi się podobne do wyjazdu na wakacje. I to nie dlatego, że odpoczywam, czuję promienie słońca na twarzy czy słyszę szum morza każdego wieczoru o zachodzie słońca. Wydaje mi się być takim czasem, ponieważ żyję w ciągłym wewnętrznym przekonaniu, że jestem tu na chwilę. Chwila ta minie za jakiś, nie wiadomo jak długi czas, a ja wrócę. Dokąd ? Tego nie wiem. Do siebie z pewnością. Podczas ostatnich sześciu lat swojego życia mieszkałam w pięciu różnych mieszkaniach, za dom uważając wciąż Stalową Wolę. Naturalne więc wydaje mi się, że łóżko, w którym śpię, czy półka na książki są tylko chwilową dekoracją mojego życia. Iść naprzód. Wciąż. Czytałam dziś słowa, które do tego skłaniały. Podczas podróży przez życie można zabłądzić, ale jest nadzieja na powrót, na wkroczenie znów na dobrą drogę, na znalezienie odpowiedzi na pytania, poczucie miłości, odzyskanie wiary. Pozostając w miejscu, zostaje się w błędzie, nigdy się z niego nie wychodzi, przyzwyczajając się do życia takiego jakim jest. A przecież stworzeni jesteśmy do działania, miłości, czynu, rozmów, tańczenia, śpiewania, służenia i podążania...
Najważniejsze w tym wszystkim jest to, iż życie jest nieodgadnione i niepewność może zamienić się w niezaprzeczalny fakt, a coś co niezaprzeczalne zniknąć w każdej chwili.
środa, 22 stycznia 2014
Czas taki nastał.
Zamilkłam. Na jakiś czas, bo ciężko żyć mi i pisać. Brak słów, które ujmą całe to zamieszanie, całą tą burzę, brak słów, które przeleją ocean łez wylanych, brak słów grzmiących, siejących strach równy temu, który we mnie jest. I brak zdań, które tak doskonale opiszą doskonałą Obecność. A jednak wracam by pisać, bo to ważne, bo to dla mnie ważne, choć wciąż uczę się pokory w pisaniu od mistrza R. Brandstaettera. Nie porównując z nim nawet kropek stawianych na końcu zdania. Nie śmiałabym. Udałam się więc bo Biblioteki, bo dokąd, i wypożyczyłam kilka jego książek, poezji i prozy. Towarzyszy mi więc ten mówiący w ciszy do mnie autor, co rano i przed snem. Nowe moje życie jest tak inne od wszystkich poprzednich jego odsłon. W otchłani samotności pojawia się coraz więcej ludzi. Wyszukanych przypadkowo, równie przypadkowo spotkanych na dworcu, naturalnie towarzyszących mi w pracy. To ważne. Czas spędzony tu ukazuje mi również wagę odległości, choć stykam się w tym problemem od lat. Odległość nie byłaby niczym co wzbudza we mnie łzy, gdyby nie miłość. A miłość jest piękna. Wyzbycie nie godne jest miłości. Tęsknota więc pozostanie naturalna jak nieustanne bicie serca. Życie w dużym stopniu składa się z pracy. Być może się tego spodziewałam, być może rozczarowuje się każdego dnia. Każdego dnia wspinam się na kolejny szczyt i pytam: Czy jest w życiu coś więcej? Wyciszam się i poddaje biegowi wydarzeń. Cisza i spokój pozwalają odetchnąć, spać upragnioną ilość godzin i wstać na tyle wcześnie by zdążyć. A jednak wciąż nie potrafię odetchnąć naprawdę, nie potrafię spać i budzę się kilka razy w ciągu nocy. To wszystko jest ważne, może zbyt ważne na me wrażliwe serce, a może akurat ważne, a wrażliwość jedynie określa sposób przeżywania tego, co do przeżycia mi dano. W każdym razie po chwili przemyśleń, wiem, że nie jestem w takim stanie, miejscu w jakim chciałabym być. Chciałabym radzić sobie lepiej, być bardziej przejrzysta i jasna, na swoim miejscu w odpowiednim czasie. Wiele bym chciała, a ważne jest to by chcieć tego co się ma. Ważne jest to by to co mam było tym, co Stwórca zamyślił u początku świata.
niedziela, 12 stycznia 2014
"Historia biegnie naprzód.
Ku wieczności.
Nie jest łatwo. Jest ciężko. Niesamowicie.
Zastanawiam się albo staram się nie zastanawiać. W całej swojej małości.
Jestem i żyję.
Zamykam oczy i modlę się.
Nic więcej nie mogę, a chcę.
Chcę ufać, bez strachu i lęku.
Spokojnie i w ciszy. W rozmowie i trwaniu bez słów u boku Mocy, której mi brakuje.
Chcę iść Drogą, której sama wytyczyć nie potrafię. Iść krok po kroku, krocząc według zachwycająco prostych zasad Dobrej Nowiny.
Chcę znać Prawdę, której pojąć nie mogę. By świat ludzi i rzeczy mi jej nie przysłaniał.
Chcę Żyć. Wiecznie."
Ku wieczności.
Nie jest łatwo. Jest ciężko. Niesamowicie.
Zastanawiam się albo staram się nie zastanawiać. W całej swojej małości.
Jestem i żyję.
Zamykam oczy i modlę się.
Nic więcej nie mogę, a chcę.
Chcę ufać, bez strachu i lęku.
Spokojnie i w ciszy. W rozmowie i trwaniu bez słów u boku Mocy, której mi brakuje.
Chcę iść Drogą, której sama wytyczyć nie potrafię. Iść krok po kroku, krocząc według zachwycająco prostych zasad Dobrej Nowiny.
Chcę znać Prawdę, której pojąć nie mogę. By świat ludzi i rzeczy mi jej nie przysłaniał.
Chcę Żyć. Wiecznie."
niedziela, 5 stycznia 2014
czwartek, 2 stycznia 2014
sobota, 28 grudnia 2013
Święta Bożego Narodzenia.
Czas Świąt Narodzenia Mojego Pana, powoli dobiega końca. To ważny czas ubrany strojnie w tradycję, wcale nie bez znaczenia. Otóż jak piękny jest czas poprzedzający wieczór wigilijny. Ile w tym czasie miłości w nas. Ile myśli o każdej drogiej osobie, podczas kupowania, czy robienia prezentów, dla tej właśnie jedynej, wyjątkowej osoby. Trzeba wejść w jej życie, w jej dusze i serce by prezent z precyzją dobrać do życia, do duszy i do tego serca właśnie niepowtarzalnego. Wszystkie myśli biegną ku bliskim, wkradają się ukradkiem w ich życie, starają się poznać bliżej. I znów kolejny moment, gdy wszyscy z różnych stron świata jedziemy do domu. Wszystkie drogi prowadzą do Stalowej W. Wszystkie drogi do tego jedynego mieszkania, w którym się wychowaliśmy. I nawet jeśli cały rok dawał nam możliwości rozjazdów i wysyłał w różne części Polski i 'zagranicy', to teraz w tym jednym czasie każdy z nas zawraca i podąża za głosem serca, aby choć na chwilę wrócić tam skąd bije bezpieczeństwo. Tam gdzie są rodzice. Wspólne przygotowanie wieczerzy wigilijnej i wszystkich wspaniałych potraw, które sprawia, że maleńka kuchnia mieści nas wszystkich splatając nasze ręce we wspólnych przedsięwzięciach. Przystrajanie domu, który od zawsze w tym czasie wygląda podobnie, przywracając wspomnienia z lat przeszłych i dając pewność, że w przyszłości ( o ile nadejdzie ) będzie niezmiennie pięknie.
Pośród tego wszystkiego rodzi się Jezus. On narodził się ponad dwa tysiące lat temu i jest, wciąż jest. W tym czasie więc, to my rodzimy się na nowo dla Niego, poprzez narodzenie się dla siebie nawzajem.
czwartek, 19 grudnia 2013
Kielce
Kolejny raz w tym mieście. Jadąc ulicami, wiem gdzie wysiąść, wiem, w którą stronę iść. Wiem, że to miasto jest moim kolejnym przystankiem w życiu podróżnika, wiem, że pozostanie nim dopóki D. będzie tu studiowała. Jutro wieczorem mam nadzieję na definitywne zakończenie moich wypraw w poszukiwaniu pracy. Jutro usiądę wieczorem we własnym domu, z rodziną, całą liczną moją jedyną, w jedynym jak dotąd domu. I spędzę tam z nimi czas świąteczny, ostatni czas przed dorosłym w pełni życiem. Dobrze, że narodzi się Wiara, Nadzieja i Miłość w Jednym w te święta. Jestem spokojna. Obecnie ciężko stwierdzić, czy to dzielność w moim sercu, czy raczej pewnego rodzaju znieczulenie wywołane nadmiarem zdarzeń.
Przypominają mi się słowa Litzy: " [...] żebym nie miał wątpliwości, kto jest powodem zwycięstwa, zostaje z niczym na starcie."
Z moich wielkich planów, rozważań: Kraków czy Rzeszów, ważenia gdzie więcej subiektywnych plusów, gdzie mniej, przeliczania ilości bliskich osób na kilometry dzielące mnie od nich, z mojej zabawy w przewidywanie przyszłości... nic. Nie pozostało nic. Wszystko ułożyło się inaczej.
wtorek, 17 grudnia 2013
wtorek, 3 grudnia 2013
Zawód: poszukiwacz.
Właśnie rozmawiałam z P. i doszłam do wniosku, że żadna ze mnie obecnie położna. Szpital od strony sali porodowej widziałam ostatnio na praktykach, obecnie tylko szukam napisu: Administracja i ślepo, czym prędzej podążam w jego kierunku. Ale cóż, jestem więc zawodowym poszukiwaczem. Taki moment w życiu. Szukasz aż znajdziesz. A co! Dodatkowa specjalizacja wzbogacająca człowieka o niezbędną w położnictwie cierpliwość, wytrwałość w dążeniu do celu, potrzebną każdemu człowiekowi, chcącemu spełniać swe marzenia, umiejętności interpersonalne będące jednym z głównych narzędzi w pracy położnej, dająca szanse na utwierdzenie się w przekonaniu, że dla położnictwa to ja mogę wiele.
Skoro otrzymałam te 34 kg złota równe jednemu talentowi, który łatwą i jasną grą słów można tłumaczyć jako umiejętności i serce ku czemuś, nie chciałabym zakopywać go w ziemi tylko dlatego, że nie łatwo go mnożyć.
niedziela, 1 grudnia 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)