sobota, 26 października 2013

Jasność

Wszystko się wyjaśniło. Wątpliwości się rozwiały. Dni, godziny, minuty wyczekiwania skróciły do zera. I poza kilkoma łzami, które popłynęły z moich oczu, poczułam spokój. Ulgę jaką dała mi wiedza, która nastąpiła po niewiedzy. Może nawet pewnego rodzaju radość z odzyskania na nowo tych minut, godzin, dni, które mogłabym stracić na wyczekiwanie. Straciłam coś czego nie ma. Wciąż mam to co najważniejsze. Mam w sobie miłość. 
Pustynia niech zostanie pustynią. Ciszą. 
A skoro ma być pustką niech będzie bez studiów, pracy, męża, narzeczonego, chłopaka, dzieci, wspólnoty... 
W pustce jest miejsce na wszystko, na to wszystko. Na więcej.

poniedziałek, 21 października 2013

nie jestem studentką
nie mam pracy
nie jestem dziewczyną, narzeczoną, żoną
nie mam dzieci
nie mam wspólnoty


kim więc jestem?

Powrót

Wróciłam do Krakowa. Na trzy dni. Ze sprecyzowaną godziną wyjazdu w kierunku Krakowa i bez biletu powrotnego. Tak bym mogła spokojnie spędzić czas w mieście moich studiów. Doceniłam małe miasta. Tłum ludzi, długie podróże tramwajami, towarzyszyły mi przez pięć lat. Czas na zmiany, który nadszedł oczekiwanie wraz z przeprowadzką do mniejszego miasta okazał się dobrym wyborem. Nie czułam się gościem, czułam się u siebie. Równie dobrze zamiast w niedziele wsiąść do pociągu, mogłabym w poniedziałek rano pójść na zajęcia. I nie dziwiłoby mnie to, a wręcz przeciwnie wydało by się naturalne. A może czeka mnie coś więcej? Może życie nie ma być dla mnie naturalną koleją rzeczy ale czymś zachwycającym? Wsiadłam więc do pociągu by przebyć podróż na wschód. Tym razem bardziej południowy niż poprzednio. Nie wróciłam do domu rodziców, do miasta dzieciństwa, ale nie było mi z tego powodu przykro. Stalowa Wola pozostanie moim miastem, dom domem. Wysiadłam więc na stacji Rzeszów główny nie czując zmęczenia towarzyszącego zazwyczaj podróży. Przejazd pociągiem okazał się przyjemny ze względu na komfort, możliwość czytania oraz jeszcze studencką cenę biletu. Wysiadłam więc szczęśliwa z pełnym pokojem w sercu i radością, że mogę iść do mieszkania znajdującego się przy ulicy tego właśnie miasta. Rzeszów. Sprawia mi przyjemność spacerowanie po tym mieście, gdzieś w sercu Podkarpacia. Czasem przez myśl przechodzi mi, że to miasto docelowe, do końca życia. Czasem myślę o tym jak bardzo jest dla mnie nowe. 

Dziś od rana złożyłam CV do każdego ze szpitali, w których mogę pracować. W każdym z nich przyjęto moje dokumenty - otóż mam do tego prawo, ale równie konsekwentnie odebrano mi wszelkie nadzieje. 
A ja jestem spokojna. Nigdy jeszcze nie byłam głodna i bez dachu nad głową, może stąd moja beztroska. Będę starała się nadal, oferując to co mam - całą siebie. 

poniedziałek, 14 października 2013

Siedem piosenek w polu - formidable

siedem piosenek w polu

Bóg wysłuchuje naszych próśb. Francja.

To było jak sen. I mam nadzieję, że jak sen to zapamiętam. Tak piękne, tak ulotne i tak krótkie. Jak ze snu. Niech wyda mi się snem, który istniał tylko dla mnie, który tak naprawdę nigdy nie istniał, który na zawsze pozostanie czymś co należało i jednocześnie nie należało do mnie. 

Francja. Czekałam na ten wyjazd. Miał zakończyć coś, coś rozpocząć. Nie myślałam, że sam w sobie wyjazd ten a raczej pobyt tam tak wiele będzie dla mnie znaczył. Znaczył i dał mi więcej niż się spodziewałam. Stał się nie tylko końcem i początkiem, ale skarbcem doświadczeń i uczuć, myśli i spostrzeżeń. 

Gdyby życie ludzkie miało kończyć się wraz z wyczerpaniem określonej liczby doświadczeń, moje życie skończyło by się wczoraj. 
Tak wiele się wydarzyło.

Chcę zapamiętać wszystko... ciężar pracy, smak posiłków, upojenie winem, uśmiech i śmiech, rozmowy w obcym języku, współpracę, wszystkie ciężkie wydarzenia, trudne, modlitwę wyśpiewaną gdzieś w drodze, przyjaźń i łzy, to co dobre było tam i to co wydawało się tak złe, to co miłe i co odpychało i przerażało, chcę zapamiętać każdego człowieka, każde słowo i spojrzenie, chcę zapamiętać spacery i szczegóły tamtej architektury.

Chcę zapamiętać to jak bardzo różniło się drugie miejsce, jak inaczej wyglądały winnice i bramy do nich prowadzące, jak wszystko było mi obce wśród tak gościnnych ludzi, jak wielka tęsknota przepełniała moje serce, zimne noce w namiocie i ciepło domu, pomoc osiemnastolatków i pracę po pracy, chcę zapamiętać walkę o każdy dzień i chęć powrotu do domu, chcę zapamiętać wdzięczność i to zaszczytne traktowanie.

W tak młodym wieku zrozumiałam, że pieniądze to nie wszystko, że istnieje o wiele więcej. 

Moje oczy widziały to co widziały oczy tak wielu osób, moje dłonie doświadczały pracy, wykonywanej przez tylu ludzi, jednak moje serce, ono czuło to czego nikt inny nie czuł. 

Wróciłam do domu, teraz muszę wrócić do siebie.

Dziękuję.

środa, 25 września 2013

Jeśli miałabym powiedzieć cokolwiek o tym, co teraz się dzieje powiedziałabym, że wyjeżdżam. Napisałabym tu, że do tego wyjazdu czekałam by rozpocząć nowe życie. Życie, które nigdy nie będzie nowe, zawsze będzie takie samo i to samo, moje w otoczeniu otoczenia. Ale wyjadę bo mimo, że nie da mi to możliwości rozpoczęcia życia od nowa, to da mi tę szansę by wrócić. Wyjadę by wrócić. 

piątek, 20 września 2013

Szczęście

Za trzydzieści groszy kupiłam jedną z 53 części sagi "Akuszerka" i niedługo po tym do drzwi zapukał kurier z całą paczką zawierającą prześliczne, niczym nowe, choć kupione jako przeczytane, 53 tomy układające się w jedną opowieść o norweskiej akuszerce z lat '30. 

Martwiłam się, a może raczej powinnam się martwić, a ja jedynie troszczyłam się o mój kredyt. O start w nowe życie. Robiłam wszystko by się z tym uporać jak najlepiej potrafiłam. I znów powiedział mi: " A może On będzie chciał dać Ci niespodziewanie ... i da Ci. Nie martw się o to. To nie jest złe, ale On może mieć na to inny plan niż Ty." I ma. Dostałam propozycję kolejnej pracy, tak po prostu wymarzoną okazję w prześlicznej scenerii. Piękne plany masz wobec mnie. Podoba mi się to.

Chciałam mieć wszystko. Wszystko naraz. Można mieć wszystko, ale nie wszystko przynosi korzyść. Rozchorowałam się. Pozostało mi łóżko i herbatka z miodem. 

Dylematy dotyczące miejsca zamieszkania po studiach targały mną niejednokrotnie doprowadzając do łez. Siedziałam z A., która z dzieckiem pod sercem i z mężem u boku, tłumaczyła mi spokojnie na schodach naszej klatki schodowej zawiłości życia. Płakałam, bo był to dla mnie dylemat bez jasnego rozwiązania. I wszyscy ze mną rozmawiali, każdy mówił co innego. Kraków, jasne, że Kraków, zostań w Krakowie. Rzeszów, nigdy nie Kraków, Rzeszów jest piękny i odnajdziesz tam spokój. A może zostaniesz z nami, w domu, nie chciałabyś poszukać pracy w Stalowej Woli? Płakałam. Nocami zastanawiałam się, gdzie moje miejsce. Co powinno się mieć najpierw pracę czy wymarzone miejsce życia? I słyszałam składaj CV w całej Polsce, Gdańsk, Zakopane, Stalowa Wola. Tam gdzie dostaniesz prace tam mieszkaj. Wybrałaś miejsce zamieszkania i trzymasz się wyboru - pięknie, podoba mi się to, na pewno znajdziesz pracę. Płakałam więc. 
Przyszedł odpowiedni czas.Otarłam łzy po roku dylematów. Porozmawiałam z ważna dla mnie osobą, autorytetem, kimś komu na mnie zależało, kto dba o mnie. Usłyszałam piękne słowa, które zostały we mnie głęboko i wciąż pracują w moim sercu i myślach. Miałam czas na przemyślenie, ale czas dojazdu z uczelni do mieszkania tramwajem wystarczył by wiedzieć. I wiem. Zdecydowałam. Śmiejąc się, ze wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują, łącznie z pomnikiem, chlubą tego miasta, bym właśnie tam była położną. Nagle wszystko przemawiało za tym, w tak jasny i oczywisty sposób. 

Dużo szczęścia mnie spotyka. To tylko kilka przykładów. 

wtorek, 17 września 2013

Dużo się dzieje, jestem szczęśliwa. Czas nie będący już studiami, a jeszcze pracą wciąż trzyma mnie w swoich objęciach, jednak coraz wyraźniej dostrzegam, to iż w takim stanie na długo pozostać nie mogę. Czuję chęć i pewną potrzebę samodzielności, odpowiedzialności za siebie, a może nie tylko. Obawiam się pójścia na przód, odkrywania nowego życia, wypływania na jego głębię. Obawę tą staram się zamienić w ekscytację z powodu wyzwania. Bo wyzwaniem okazać się może każdy dzień życia. Jak na razie pozostaję w domu. Sprawy konieczne związane z zakończeniem etapu zwanego studiami i rozpoczęciem kolejnego znanego pod krótką nazwą praca, załatwiam na miarę swych możliwości. Jutro odbiorę prawo wykonywania mojego zawodu. Niedługo stworzę moje CV i poszukam w googlach miejsc pracy dla położnych. Dziś byłam w banku i odbyłam pełną nadziei rozmowę z Panią tam pracującą. Jej uśmiech i pytania dotyczące moich studiów dały mi wiele. Oby to podejście towarzyszyło mi niezmiennie gdy będę szukała pracy, oby było obecne w moich myślach i sercu gdy ktoś mi jej odmówi, nie jeden raz. Ach. Im dłużej nie mieszkam w Krakowie tym ciężej mi go zostawić. Może nigdy nie będę musiała tego robić. Wciąż tam wracam, wciąż wysiadam i wsiadam na RDA, wciąż schodzę do tunelu i jeżdżę tramwajami, wciąż jadam w Koko, wciąż na rynku czuję się jak u siebie, a o każdej pełnej godzinie wyczekuję hejnalisty, który do mnie pomacha. Wciąż, przede wszystkim, nie czuję bym to miasto żegnała. Ludzie. Ludzi z tego miasta zbyt mocno mam osadzonych w moim sercu by zacząć zupełnie nowe życie w nowym miejscu. Myślę, że tak nie da się nigdy do końca, ze jeśli ktoś zaistniał w mym życiu w pewnym sensie je stworzył i już w nim pozostaje, do końca. Dlatego pewnie chcę tam wracać, bo skoro część mnie została w tym mieście, nie mogę siebie nigdy utracić, by pozostać sobą w pełni. 

wtorek, 10 września 2013

Pomiędzy

Wydarzyło się zbyt wiele, żeby wyciągnąć choć kilka podsumowujących myśli z całego cyklu wydarzeń. Ślub, poród, wyjazd na Mazury, załatwianie papierów związanych z prawem wykonywania zawodu, Rzeszów, Kraków przelotnie, rekolekcje gdzieś w Beskidzie Żywieckim, dom i wszyscy w tym domu, po raz pierwszy od kilku miesięcy. 
Mój czas pomiędzy wciąż się nie kończy. Wyjazd przekłada na coraz to późniejsze daty, co odwleka przeprowadzkę. Ale niesamowite pokłady ludzi i wydarzeń odnajduję w tym 'pomiędzy'. Wedle obietnicy. 
Powiedział mi:
- Czy Ty przypadkiem nie chcesz wszystkiego robić na 100%?
- Tak, chyba tak właśnie jest.
- A Ty jesteś tylko jednym 100%. I to jedno musisz rozłożyć na wszystko. A nawet więcej. Zaplanuj swój czas w 60%... no 70%. Resztę zostaw sobie na przejście pomiędzy jednym punktem a drugim, a zobaczysz ile niesamowitych rzeczy zrobisz podczas tego przejścia. Ile tam znajdziesz możliwości. 

To nie jest proste. Ale brzmi dobrze. Może dla mnie najlepiej.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wstaję rano. Muzyka klasyczna wydzwania pobudkę o 7:00. Brak obowiązków i ich nadmiar jednocześnie mobilizują mnie do wstania z łóżka. Myśl o aromatycznej kawie również. Czas wolny spełnia postawione mu, niegdyś w marzeniach wymagania. Czytam książki, jeżdżę na rowerze, spotykam się z ludźmi, spędzam czas z rodzeństwem, oglądam spadające gwiazdy leżąc na dachu.
Wielkie przygotowania do ślubu, na którym mam zaszczyt być świadkiem trwają.
Postanowienie również niezmiennie jest.
Niedługo wyjadę na Mazury. Ich obraz w mej pamięci sprzed dwóch lat...

sobota, 10 sierpnia 2013

Siostry

Nie mam córki i mam ją jednocześnie. Nie potrafię wyjść z domu nie myśląc o niej. Nie potrafię istnieć nie kochając jej. A kim ja dla niej jestem? Za kogo ona mnie uważa? Chciałybyśmy siebie mieć, ale to nie takie proste. Sprawy najbardziej banalne wydawałoby się, okazują się najbardziej skomplikowane.

środa, 7 sierpnia 2013

Jest źle. Najzwyczajniej jest źle i wszystkie znaki na niebie i ziemi o tym mówią. Nawet nie świadczą, lecz mówią na głos. Krzyczą. A ja co mogę. Zawstydzam się i przytakuję. Płaczę po cichu. Nie wiem co mogę jeszcze zrobić. Nie wiem. Brak mi siły i pomysłów. Robię co mogę. Mimo, że weryfikacja postanowienia wciąż nie daje mi szans na lepsze życie, nie zrezygnowałam. No i nie mam zamiaru rezygnować, ale jak tak dalej pójdzie zgorzknieję do reszty. Mogłabym się z tego śmiać, ale wcale mnie to nie śmieszy. Mogłabym o tym zapomnieć - nie da się, nie da się również nie zauważyć, nawet gdybym chciała spróbować.

wtorek, 30 lipca 2013

Pod mostem

Przeczytałam właśnie przypadkiem tytuł posta, którego napisałam kilka dni temu. "Wciąż żyję na moście". Pisząc to miałam na myśli stan "gdzieś po środku", coś jak pozorne bezpieczeństwo tak naprawdę równe niczemu. Dziś czytając to samo, do siebie uśmiechnęłam się siedząc w tym ciemnym, jak bezgwiezdna noc pokoju. Czytam: "Wciąż żyję na moście" i myślę: dziewczyno to ty masz jeszcze całkiem dobrze! Niedługo przyjdzie czas dorosłego życia i jak nic może ono wywrócić się do góry nogami i wtedy zaczniesz żyć pod mostem. Szczęściara z Ciebie jak na razie. 

Szczęściara ze mnie. 

Wczoraj, dziś i jutro

Postanowienie w pewien sposób wciąż funkcjonuje. Samo w sobie już od początku nie było precyzyjne, może dlatego ta lekka trudność w weryfikacji. Jedyna stała weryfikacja nie zadawala, ale przecież mówią: cierpliwości! I oto jestem cierpliwa w całym mym zrezygnowanym zniecierpliwieniu. To tyle odnośnie tego co od jakiegoś czasu. 

A co teraz? W tej wyjątkowej chwili, zaraz po północy, kiedy prawdziwy kopciuszek powinien już gubić swój pantofelek? Siedzę w wygodnym fotelu, we własnym domu, zaraz po kąpieli, bosa, co wskazywałoby na wykazanie się zdecydowanie większą przyzwoitością niż wspomniana dziewczynka z bajki. 

A co jutro? 

Czytam książki, nie położnicze, nareszcie, z zachowaniem mego uwielbienia do położnictwa. To po prostu wyraz zadowolenia i dumy z powodu ukończenia studiów. Dziś wieści z wielkiego świata doniosły, że szanowny dziekanat czeka na mój przyjazd po odbiór dyplomu. Zjawię się niedługo. Nie trzeba było się tak śpieszyć z informowaniem, przecież są wakacje, nikt nie kończy studiów, nikt nie szuka pracy, nie składa CV, a praca...? Praca czeka z otwartymi rękami i prosi by ją ktoś przyjął. Przeciwnie. Wobec czego za kilka dni jadę do Krakowa by odebrać co moje. Wcześniej chcę wstać o 4 nad ranem, tak cicho, żeby nie zbudzić sąsiadów i pojechać szynobusem do Lublina. Pojadę. Wcześniej chcę spędzić noc z przyjaciółkami z liceum, jak dawniej, jak przed laty, z plackiem upieczonym przez Mamę M. Wcześniej w gronie pięknych kobiet będę spędzała jeden z ostatnich wieczorów w stanie panieńskim A. A później Kraków. Rzeszów. Czytam książki, jeżdżę na rowerze. 


poniedziałek, 29 lipca 2013

Powaga sytuacji życiowej

Jadę do Rzeszowa. W pewnej sprawie, nie ważne. Kolejny raz będę przyglądała się temu miastu, jakby miało być kiedyś moje. Taką decyzję podjęłam - będzie moim miejscem na ziemi. Wiem i powszechnie wiadomo, że człowiek, inaczej niż drzewo, nie ma masywnych korzeni w ziemi pod stopami. Mogę więc wstać i odejść pewnego dnia, jeśli tylko będę tego chciała. A jednak chcę inaczej. Poczucie bezpieczeństwa stabilizujące mnie na owej planecie, na której przyszło mi żyć jest zdecydowanie pożądane. Korzenie jak najbardziej chciałabym zapuścić głęboko, by byle wiatr nie zdmuchnął mnie pewnego dnia z powierzchni ziemi. Odwagi! Poważne życie przede mną. Poważna praca przede mną. Nie jest tak, że do tej pory nie pracowałam wcale, albo, że pracę mą traktowałam nie poważnie. Odwrotnie, niezależnie od tego czy było to niewdzięczne rozdawanie ulotek na rynku, przeliczanie mrożonek w środku nocy dzień przed kolokwium czy odbierająca mi wszystkie fizyczne siły praca w winnicy, wszystkie te były dla mnie sprawą wagi wielkiej. Teraz jednak jest inaczej. Po raz pierwszy napiszę poważne CV. Po raz pierwszy rozmówię się kwalifikacyjnie. Po raz pierwszy porażka będzie oznaczała brak chleba na śniadanie. Teraz będzie o wiele poważniej, bo będę walczyła o swoje powołanie, o coś czemu poświęciłam pięć lat mojego życia. Teraz po prostu spakuję walizkę, stanę na środku tego miasta i będę sobie musiała poradzić. 

Bardzo ważne dla mnie jest to, że obiecałam.

niedziela, 28 lipca 2013

Skrzyżowanie ścieżek

"Dwie drogi zbiegły się w połowie mego życia,
Rzekł pewien mądry człowiek.
Wybrałem drogę mniej uczęszczaną
I widzę różnicę co noc i co dzień".

Larry Norman (przepraszając Roberta Frosta)

Wciąż stoję na rozdrożu, na skrzyżowaniu. Mogę wszystko.

piątek, 26 lipca 2013

Jeden dzień

Z postanowieniami ciężko. Ale wciąż je podtrzymuję. Każdego dnia zmieniam się o jeden dzień. Byle w dobrym kierunku. Kiedyś zapytałam kogoś o drogowskazy. Wskazał na słonecznik, zwracający swój kwiat ku słońcu. Dziś ja zmagam się z samą sobą. Dziś jest ciężki dzień. Ciężkie dni są najlepszymi sprzymierzeńcami postanowień. Ciężkie dni sprowadzają człowieka do tak niskiego poziomu, ze zmuszony jest popatrzeć w górę, co z kolei inspiruje do konstruowania drabiny. I samotność. Samotność jest również inspiracją. Skłania do zadumy, nad tym o co tak naprawdę chodzi w mym życiu. Kiedy ludzie podtrzymujący przy życiu nikną, dopiero wtedy uświadamiam sobie, że Pan Bóg tak stworzył mnie doskonale, bym sama potrafiła oddychać. Dla innych, to fakt. Więc samotność choć boli, to jest w pewnym sensie rozwijająca. Zmusza do tworzenia życia opartego na jego wartości samej w sobie, ludzie zaś stają się skarbem. D. niedługo wyjedzie, moja samotność znów wzrośnie na sile, znów skłoni do refleksji. Odchodzą ludzie, którzy są, odchodzą Ci, których nigdy nie było, a życie ukazuje wciąż nowe pokłady możliwości, by żyć, dla tych właśnie co odeszli i przyjdą. 

'Jestem drogowskazem,
który nie może ruszyć w drogę,
którą pokazuje.
Jeżeli ruszę nią,
kto za mnie wskaże kierunek tym,
którzy nadchodzą?
Młodzi, wciąż nowi.

Wielokrotnie próbowano mnie odwracać,
abym wskazywał mylną drogę.
Ale jestem jak słonecznik.
Pokazuję wciąż ten sam kierunek:
ku słońcu!'

D. właśnie widząc mnie powiedziała: Ty idź spać. To jest jeden z ciężkich dni. Widać to ze mnie. Pójdę spać kiedy słońce zajdzie.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Wypełnianie postanowień to nie jest moja mocna strona.
Ale znów postanowiłam.
Nowe życie. Wszystko nowe.
Poszłam więc do spowiedzi. Tak na sam początek, żeby duszę mieć czystą i gotową.
Później kartkę podzieliłam w kratkę.
Później udało mi się wypełnić przynajmniej część postanowienia.
Uważam, że to dobre, a przynajmniej potrzebne jeśli nie konieczne.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Koniec studiów

Piję kawę. Aromatyczną, a aromat ten kryje w sobie tyle wspomnień od kiedy ukochałam smak kawy. Teraz na myśl przyszła mi kawa z termosu na ławce pomiędzy przystankami. I inne. 

Skończyłam studia. 
Obroniłam swą ciężką lecz ukochaną pracę, wraz z moją Panią promotor. Tym samym, wraz z uściskiem dziekana zakończyłam niezwykle ważny, pięcioletni etap życia. Jak ważny będzie kolejny? Jak długo potrwa? Tato powiedział, żebym w tej kwestii miała się na baczności. Teraz chyba wiele ode mnie zależy. Wcześniej szkoła podstawowa nakazywała mi sześć lat, gimnazjum trzy, liceum trzy lata, studia ukończone w terminie miały zamknąć się w pięciu latach. I tak też się stało. Teraz otwiera się etap w życiu, którego nic tak do końca nie określa. To dobrze. Otwarta przestrzeń może stać się polem możliwości, potencjałem, miejscem dającym szansę na rozwinięcie skrzydeł. Może być też dołem, przepaścią, w którą spada się aż po samo dno. Teraz wiele ode mnie zależy. Jak zawsze i od zawsze. 

Niedowierzanie dotyczące ukończenia studiów ogarnęło mną zupełnie zaraz po ich skończeniu i trwa nadal. Jak na razie łączy się z dumą z nas wszystkich, poczuciem spełnienia i satysfakcji, idealizmem w sercu i planami co do przyszłości. Jeszcze nie z tęsknotą. Być może i ona przyjdzie 1.10. Tymczasem tęsknota za ludźmi wypełnia me serce kiedy wstaję i niezmienna kiedy kładę się spać. 
Niedowierzanie, które mną ogarnęło towarzyszyło mi w pierwszych dniach wakacji. Nie wiem czy po skończeniu nauki wciąż mogę ten letni czas tak nazwać, ale pozwolę sobie na to z pewną nieśmiałością. Wyjechałam więc nad morze. 13-godzinnym pociągiem. Sama. Później szynobus i autobus i chwila na nogach. Spędziłam tam cztery cudne dni. Widziałam zachód słońca i porywające fale na morzu, leżałam na plaży i spędzałam czas z H. i mamą. Brakowało mi tego. Od pięciu lat. Wsiadłam znów w 13-godzinny pociąg i ruszyłam na południe. Wieczne podróżowanie zawiodło mnie do Rzeszowa bym powoli mogła oswajać się z tym miastem. Powoli oswajam się z nim. Kiedyś stanę się za nie odpowiedzialna, a później będę płakać kiedy przyjdzie mi je opuścić.

niedziela, 14 lipca 2013

Zmęczenie zamyka mi oczy.
Kładę się spać.
We własnym łóżku.
Ale sama.
Znów się nie wyśpię.
Z tęsknoty.

niedziela, 7 lipca 2013

Krótka historia położnictwa

Postanowiłam, że ze względu na ulotność chwili, napiszę dziś, by nie odkładać tego na chwilę w przyszłości, która może nigdy nie nadejść.
Krótka historia położnictwa rozpoczęła się zaraz przed obroną. Ale to ta związana z trudnościami.
Moja historia związana z położnictwem rozpoczęła się na długo zanim wyprowadziłam się do Krakowa. Na długo zanim wybrałam przedmioty, które będę zdawała na maturze. Na długo zanim poszłam do liceum.
Czy to dziwne? To piękne. Ta precyzja wyboru, wytrwałość i konsekwencja. Ta pewność do dziś, kiedy skończyłam studia. Kiedy jestem magistrem położnictwa. Choć wciąż jeszcze w to nie wierzę.
Kiedy zaczynałam studiować ten kierunek, robiłam to dla siebie. Z mojego własnego upodobania czegoś o czym nie miałam pojęcia. Z mojej wizji na moje życie. Z moich planów wynikało rozpoczęcie tych studiów. Uczyłam się dla własnych ocen. Zdobywałam wykształcenie dla własnych zarobków. Dziś kiedy kończę te studia, nic nie jest dla mnie. Kończę je dla kobiet i dzieci. Zdobywam wiedzę wyłącznie by ich życie chronić. Wszystko by służyć. Tak. Ten zawód jest służbą. Mogę napisać to i nazwać się tą "która służy".
Dziś tak jest. A im bardziej nie jest to dla mnie tym więcej daje mi szczęścia bycie położną, zdobywanie kolejnych kwalifikacji, odbieranie kolejnych telefonów z pytaniami dotyczącymi macierzyństwa.
Minęło pięć lat. Moja pewność zakorzeniła się w ziemi mocno. Teraz tylko życzę sobie by rozkwitała w górę, ku słońcu, z siłą dębu, czystością brzozy, ideałem kasztana.
Krótka historia położnictwa, o której napisałam na początku to walka idealistki ze światem. Jej pierwszy akt już się rozpoczął. Pewnie każdy kolejny będzie rozgrywał się gdzieś na łamach mojego życia. Obym tylko zdołała odegrać rolę w jakiej mnie obsadzono. 

czwartek, 27 czerwca 2013

wtorek, 25 czerwca 2013

Mój pokój

Mój pokój, puste półki. Część rzeczy już w St.W. Część jeszcze tu, ale już jakby gotowa do drogi. Zapakowana w pudełkach, czekająca na rozkaz. Książki spełnione spokojnie zamknęły się i stoją dumne z powodu ukończenia studiów, na półce. Półka zaraz zostanie rozłożona na część pierwsze. To mój pierwszy własny mebel, zabieram go ze sobą, w nowe miejsce. Na razie w podróż na wschód.  Wczoraj przypadkowa Pani, która podczas podróży z przystanku tramwajowego do mieszkania, zabrała mnie pod swój parasol z powodu ulewy zapytała: "Czy ja dobrze słyszę? Lekki wschodni akcent w pani głosie?" Czyżby słońce we mnie wschodziło? Kocham zachody, być może wieczorami tak mocno je porywam dla siebie, że słońce promienieje niczym wschód gdy mówię. A tak poważnie, powiedziała mi, że to piękne, zachowałam w sobie niezmiennie cząstkę miejsca, w którym przyszłam na świat. Przypadkowa młoda Pani, która zabrała mnie pod swój parasol podczas ulewy. Mój pokój, czeka pokornie na przeprowadzkę. Zabieram go ze sobą od pięciu lat, szukając miejsca, w którym zostaniemy na zawsze. W którym książki znajdą swoje półki, kubki gorącą kawę na własność. Tymczasem Kraków, moje miasto lat pięciu, trzyma mnie tu jeszcze całkiem mocno. 
Nie martw się. Nie ucieknę. A nawet nie będę przyjeżdżać. Zawsze wracać.