poniedziałek, 25 listopada 2013

Przystań.

Wypłynęłam na głęboką wodę. Wyruszyłam w podróż w nieznane. Wyjechałam z mojego miasta, z mojego województwa, wyjechałam z domu rodzinnego, z miasta pięciu ostatnich lat mojego życia, z nowo wybranego miejsca na ziemi, wyjechałam w poszukiwaniu szczęścia, w poszukiwaniu pracy. Zdobyłam cztery województwa. Pukałam od drzwi do drzwi, schludnie uczesana, elegancko ubrana, z obcasami, które wybijały swój rytm głośniej niż moje niewiarygodnie spokojne serce, z plikiem dokumentów w ręku, z chęcią do pracy wyrażaną w rozmowie. I znalazłam, bo kto szuka ten znajdzie. A jednak nie każdy może sobie pozwolić na taki komfort (?!) szukania, jak ja. Komfort: Podróże bez zniżek, setki kilometrów. Noclegi w różnych, choć muszę z wdzięcznością napisać niezwykle gościnnych, to jednak obcych miejscach. Mapki z google maps i plan drogi opracowywany każdego dnia ponownie, łączący coraz to dalej odległe miejsca. Dokumenty składane w wymarzone, mniej chciane, lub nawet ostateczne, potencjalne miejsca pracy. Wciąż nadzieja tląca się w sercu, mimo, iż gaszona każdego dnia, za każdymi drzwiami, w które zapukałam. Spojrzenia i rozmowy: "Jak daleko jest stąd do Pani domu? [...] To będzie musiała się Pani przeprowadzić. Ale przecież wtedy nie utrzyma się Pani z jednej pensji." I znów te same słowa. I znów. I znów: "To jak to, nie dowiadywała się Pani przed rozpoczęciem studiów, że po nich pracy nie ma?!", "Warto byłoby się przekwalifikować.", "W tym momencie nic nie mamy, ale nigdy nie wiadomo, różnie bywa.", "Może jakieś zastępstwa, ale nie teraz.", "Za jakieś dwa lata spodziewamy się odejścia na emeryturę.", "Ma Pani skończone jakieś kursy? Kurs 'środowiskowy'? Tak wiem, że to są duże koszty, ale zawsze to ładnie wygląda w CV.", "Nie", "Nie potrzebujemy nikogo, nie przyjmiemy CV, przyjmiemy CV, dopiero kiedy ogłosimy konkurs.", "Nie potrzebujemy.", "Przyjmiemy dokumenty bo ma Pani prawo je złożyć, ale nie potrzebujemy nikogo."
I setki taki rozmów. 
A jednak znalazłam. Wbrew temu. Ku przyszłości. 

czwartek, 14 listopada 2013

Poszukiwania pracy

Nie poddaje się. Nie siedzę na miejscu, nie stoję w miejscu. Chodzę, biegam, spaceruje, pytam, rozmawiam, dzwonię, kseruje, drukuje, przerabiam, piszę, modyfikuje, znów drukuje, wręczam, rozmawiam, pytam...
Dziś jadę w kolejne miejsca na mapie Polski. W niedzielę jeszcze dalej za zachód. Wciąż szukam. 

wtorek, 12 listopada 2013

cisza

Ciąg dalszy

Wróciłam. 
Stolica przyjęła mnie gościnnie swoimi ramionami zbudowanymi z ogromnych budynków, zatłoczonych ulic, biegnących przechodniów. Myślę - to nie dla mnie. Ale jestem w stolicy z G. moją, by uczyć się sztuki położnictwa. Śmiejemy się trochę z siebie, że wydajemy grubą kasę na to, by dokształcać się w tym naszym ukochanym kierunku, który pracy za nic dać nam nie chce. A może wina leży gdzie indziej. Nie istotne, położną jestem i zostanę. Idziemy więc ulicami Warszawy, gubimy się by dojść do budynku fundacji. Tam trzy dni zanurzone na nowo w położnictwie, nowym, nieznanym, przepięknym, naturalnym, odważnym. Moim. Tam wśród położnych, które myślą podobnie do mnie, chcą coś zmieniać, zmieniają lub dodają odwagi by te zmiany wprowadzać, bo są to zmiany na lepsze. Cudowny czas, ukierunkowujący spojrzenie, rozpalający na nowo iskry tlące się w sercu. Spędzamy tam trzy dni, twierdzimy, że zbyt mało. Tam wszystko jest tak bliskie, położnictwo leży w moich rękach, wokół kobiety, tam nie gaśnie ani na chwilę zapał i chęć wdrożenia w życie wiedzy, którą zdobywamy. Tam czuję się bezpiecznie, chciałabym więc zostać na dłużej. Ale nie. Życie każe wracać. Wracam więc. Ale wcześniej zwiedzamy wieczorami stare miasto, pijemy grzane wino na Krakowskim Przedmieściu. Wcześniej spacerujemy, rozmawiamy, śmiejemy się, snujemy plany...

Moje życie od pewnego czasu znalazło się w miejscu bardzo specyficznym. Być może wciąż jestem na owym moście. Być może jednak zamiast iść na drugi brzeg, wychylam się zbyt mocno przez balustradę i widzę jedynie przepaść. Narzekam wciąż i mówię, że nie jest łatwo. Nie chcę tego. Wydaje mi się to całkiem pozbawione sensu, gdy jako młoda kobieta posiadająca usłużny zawód pozostaję w bezruchu. Chcę działania.

W tym wszystkim otwieram się na nowe możliwości. Mam wspaniałych ludzi wokół. Rodziców i rodzeństwo. Wparcie z każdej strony opatulone w szacunek do mojej własnej woli i pokorę co do Wyższych planów dotyczących mojego życia. Mam również wokół cały świat potrzebujących kobiet, płaczu dzieci. Nigdy nie byłam głodna, zawsze miałam dach nad głową, nie marzłam z braku rękawiczek. Czy to nie jest właśnie przestrzeń do działania?

czwartek, 7 listopada 2013

wtorek, 5 listopada 2013

Leje deszcz.

Dziś słońca nie ma. Od rana, a może nawet od północy leje z nieba deszcz. Budzik zadzwonił kiedy jeszcze było ciemno. Nie dając czasu na dojście do siebie zmusił do wstania z łóżka o porze dnia pozorującej noc. I znów wyruszyłam w kolejną podróż pełną wyzwań, tym razem bez kawy. Autobusem choć dziennym, zasługującym na miano nocnego. Później chwilę na nogach, wykreślonymi wcześniej na mapie skrótami - wciąż uczę się tego miasta. Dotarłam. Urząd Pracy. Zostałam bezrobotną. 

Nie jest to przegrana. Nie jest to akt równy wywieszeniu symbolicznej białej flagi. To wciąż tocząca się walka o marzenia, o powołanie, o pasję, o służbę. Brzmi górnolotnie. Może stąpanie po podłogach urzędów, stanie w kolejkach, czy wezwanie do pośredniaka ma mnie sprowadzić na ziemię. Może po prostu ma być jednym z wielu aktów w mej krótkiej historii położnictwa. A co jeśli się nie dam?  

"Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić. I wtedy pojawia się ten jeden, który nie wie, że się nie da, i on właśnie to coś robi." A. Einstein

poniedziałek, 4 listopada 2013

Nowy dzień. Wstaje rano. Piję kawę. Sprawdzam zawartość teczki w kolorze kawy z mlekiem, która towarzyszy mi  od początku zbierania materiałów do pracy magisterskiej. Za chwilę wyjdę z domu.
Pośród pochmurnych, zimnych i zatopionych w deszczu dni, dziś pojawiło się słońce. Lżej jest chodzić po ziemi. 

niedziela, 3 listopada 2013

Piję wino, myślę Francja.

Piję wino - myślę Francja. Dziś po długiej przerwie napiłam się wina i wspomnienia o czasie spędzonym we Francji zalały mnie, nim zdążyłam odstawić lampkę od ust. To piękne uczucie, chwila, która tak precyzyjnie przywołuje przeszłość i wzbudza tęsknotę. Francja na zawsze pozostanie tą chwilą w ciągu roku, która przydarzyła mi się i być może przydarzy w przyszłości. Zawsze będzie wyczekiwanym zakończeniem lata. Początkiem nowego roku. Francja na zawsze zostanie snem na jawie. Długo wyczekiwanym, nieosiągalnym miejscem wprost z marzeń, znanym wyłącznie z opowiadań. Na zawsze zostanie mieszaniną uczuć nie mającą innego miejsca na tym świecie, winnicą pełną równoległych linii, brzmieniem obcego języka, uśmiechem ludzi... ach. 


sobota, 2 listopada 2013

Nadzieja, sen i poczucie humoru.
Niech będzie. Postaram się wysypiać.
Poza tym pewien cytat... "[...]moje Indie są tutaj." dał mi wiele do myślenia.
I skoro coś się sypie to po to, by zbudować coś nowego, cisza jest po to by w niej coś wybrzmiało.

sobota, 26 października 2013

Jasność

Wszystko się wyjaśniło. Wątpliwości się rozwiały. Dni, godziny, minuty wyczekiwania skróciły do zera. I poza kilkoma łzami, które popłynęły z moich oczu, poczułam spokój. Ulgę jaką dała mi wiedza, która nastąpiła po niewiedzy. Może nawet pewnego rodzaju radość z odzyskania na nowo tych minut, godzin, dni, które mogłabym stracić na wyczekiwanie. Straciłam coś czego nie ma. Wciąż mam to co najważniejsze. Mam w sobie miłość. 
Pustynia niech zostanie pustynią. Ciszą. 
A skoro ma być pustką niech będzie bez studiów, pracy, męża, narzeczonego, chłopaka, dzieci, wspólnoty... 
W pustce jest miejsce na wszystko, na to wszystko. Na więcej.

poniedziałek, 21 października 2013

nie jestem studentką
nie mam pracy
nie jestem dziewczyną, narzeczoną, żoną
nie mam dzieci
nie mam wspólnoty


kim więc jestem?

Powrót

Wróciłam do Krakowa. Na trzy dni. Ze sprecyzowaną godziną wyjazdu w kierunku Krakowa i bez biletu powrotnego. Tak bym mogła spokojnie spędzić czas w mieście moich studiów. Doceniłam małe miasta. Tłum ludzi, długie podróże tramwajami, towarzyszyły mi przez pięć lat. Czas na zmiany, który nadszedł oczekiwanie wraz z przeprowadzką do mniejszego miasta okazał się dobrym wyborem. Nie czułam się gościem, czułam się u siebie. Równie dobrze zamiast w niedziele wsiąść do pociągu, mogłabym w poniedziałek rano pójść na zajęcia. I nie dziwiłoby mnie to, a wręcz przeciwnie wydało by się naturalne. A może czeka mnie coś więcej? Może życie nie ma być dla mnie naturalną koleją rzeczy ale czymś zachwycającym? Wsiadłam więc do pociągu by przebyć podróż na wschód. Tym razem bardziej południowy niż poprzednio. Nie wróciłam do domu rodziców, do miasta dzieciństwa, ale nie było mi z tego powodu przykro. Stalowa Wola pozostanie moim miastem, dom domem. Wysiadłam więc na stacji Rzeszów główny nie czując zmęczenia towarzyszącego zazwyczaj podróży. Przejazd pociągiem okazał się przyjemny ze względu na komfort, możliwość czytania oraz jeszcze studencką cenę biletu. Wysiadłam więc szczęśliwa z pełnym pokojem w sercu i radością, że mogę iść do mieszkania znajdującego się przy ulicy tego właśnie miasta. Rzeszów. Sprawia mi przyjemność spacerowanie po tym mieście, gdzieś w sercu Podkarpacia. Czasem przez myśl przechodzi mi, że to miasto docelowe, do końca życia. Czasem myślę o tym jak bardzo jest dla mnie nowe. 

Dziś od rana złożyłam CV do każdego ze szpitali, w których mogę pracować. W każdym z nich przyjęto moje dokumenty - otóż mam do tego prawo, ale równie konsekwentnie odebrano mi wszelkie nadzieje. 
A ja jestem spokojna. Nigdy jeszcze nie byłam głodna i bez dachu nad głową, może stąd moja beztroska. Będę starała się nadal, oferując to co mam - całą siebie. 

poniedziałek, 14 października 2013

Siedem piosenek w polu - formidable

siedem piosenek w polu

Bóg wysłuchuje naszych próśb. Francja.

To było jak sen. I mam nadzieję, że jak sen to zapamiętam. Tak piękne, tak ulotne i tak krótkie. Jak ze snu. Niech wyda mi się snem, który istniał tylko dla mnie, który tak naprawdę nigdy nie istniał, który na zawsze pozostanie czymś co należało i jednocześnie nie należało do mnie. 

Francja. Czekałam na ten wyjazd. Miał zakończyć coś, coś rozpocząć. Nie myślałam, że sam w sobie wyjazd ten a raczej pobyt tam tak wiele będzie dla mnie znaczył. Znaczył i dał mi więcej niż się spodziewałam. Stał się nie tylko końcem i początkiem, ale skarbcem doświadczeń i uczuć, myśli i spostrzeżeń. 

Gdyby życie ludzkie miało kończyć się wraz z wyczerpaniem określonej liczby doświadczeń, moje życie skończyło by się wczoraj. 
Tak wiele się wydarzyło.

Chcę zapamiętać wszystko... ciężar pracy, smak posiłków, upojenie winem, uśmiech i śmiech, rozmowy w obcym języku, współpracę, wszystkie ciężkie wydarzenia, trudne, modlitwę wyśpiewaną gdzieś w drodze, przyjaźń i łzy, to co dobre było tam i to co wydawało się tak złe, to co miłe i co odpychało i przerażało, chcę zapamiętać każdego człowieka, każde słowo i spojrzenie, chcę zapamiętać spacery i szczegóły tamtej architektury.

Chcę zapamiętać to jak bardzo różniło się drugie miejsce, jak inaczej wyglądały winnice i bramy do nich prowadzące, jak wszystko było mi obce wśród tak gościnnych ludzi, jak wielka tęsknota przepełniała moje serce, zimne noce w namiocie i ciepło domu, pomoc osiemnastolatków i pracę po pracy, chcę zapamiętać walkę o każdy dzień i chęć powrotu do domu, chcę zapamiętać wdzięczność i to zaszczytne traktowanie.

W tak młodym wieku zrozumiałam, że pieniądze to nie wszystko, że istnieje o wiele więcej. 

Moje oczy widziały to co widziały oczy tak wielu osób, moje dłonie doświadczały pracy, wykonywanej przez tylu ludzi, jednak moje serce, ono czuło to czego nikt inny nie czuł. 

Wróciłam do domu, teraz muszę wrócić do siebie.

Dziękuję.

środa, 25 września 2013

Jeśli miałabym powiedzieć cokolwiek o tym, co teraz się dzieje powiedziałabym, że wyjeżdżam. Napisałabym tu, że do tego wyjazdu czekałam by rozpocząć nowe życie. Życie, które nigdy nie będzie nowe, zawsze będzie takie samo i to samo, moje w otoczeniu otoczenia. Ale wyjadę bo mimo, że nie da mi to możliwości rozpoczęcia życia od nowa, to da mi tę szansę by wrócić. Wyjadę by wrócić. 

piątek, 20 września 2013

Szczęście

Za trzydzieści groszy kupiłam jedną z 53 części sagi "Akuszerka" i niedługo po tym do drzwi zapukał kurier z całą paczką zawierającą prześliczne, niczym nowe, choć kupione jako przeczytane, 53 tomy układające się w jedną opowieść o norweskiej akuszerce z lat '30. 

Martwiłam się, a może raczej powinnam się martwić, a ja jedynie troszczyłam się o mój kredyt. O start w nowe życie. Robiłam wszystko by się z tym uporać jak najlepiej potrafiłam. I znów powiedział mi: " A może On będzie chciał dać Ci niespodziewanie ... i da Ci. Nie martw się o to. To nie jest złe, ale On może mieć na to inny plan niż Ty." I ma. Dostałam propozycję kolejnej pracy, tak po prostu wymarzoną okazję w prześlicznej scenerii. Piękne plany masz wobec mnie. Podoba mi się to.

Chciałam mieć wszystko. Wszystko naraz. Można mieć wszystko, ale nie wszystko przynosi korzyść. Rozchorowałam się. Pozostało mi łóżko i herbatka z miodem. 

Dylematy dotyczące miejsca zamieszkania po studiach targały mną niejednokrotnie doprowadzając do łez. Siedziałam z A., która z dzieckiem pod sercem i z mężem u boku, tłumaczyła mi spokojnie na schodach naszej klatki schodowej zawiłości życia. Płakałam, bo był to dla mnie dylemat bez jasnego rozwiązania. I wszyscy ze mną rozmawiali, każdy mówił co innego. Kraków, jasne, że Kraków, zostań w Krakowie. Rzeszów, nigdy nie Kraków, Rzeszów jest piękny i odnajdziesz tam spokój. A może zostaniesz z nami, w domu, nie chciałabyś poszukać pracy w Stalowej Woli? Płakałam. Nocami zastanawiałam się, gdzie moje miejsce. Co powinno się mieć najpierw pracę czy wymarzone miejsce życia? I słyszałam składaj CV w całej Polsce, Gdańsk, Zakopane, Stalowa Wola. Tam gdzie dostaniesz prace tam mieszkaj. Wybrałaś miejsce zamieszkania i trzymasz się wyboru - pięknie, podoba mi się to, na pewno znajdziesz pracę. Płakałam więc. 
Przyszedł odpowiedni czas.Otarłam łzy po roku dylematów. Porozmawiałam z ważna dla mnie osobą, autorytetem, kimś komu na mnie zależało, kto dba o mnie. Usłyszałam piękne słowa, które zostały we mnie głęboko i wciąż pracują w moim sercu i myślach. Miałam czas na przemyślenie, ale czas dojazdu z uczelni do mieszkania tramwajem wystarczył by wiedzieć. I wiem. Zdecydowałam. Śmiejąc się, ze wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują, łącznie z pomnikiem, chlubą tego miasta, bym właśnie tam była położną. Nagle wszystko przemawiało za tym, w tak jasny i oczywisty sposób. 

Dużo szczęścia mnie spotyka. To tylko kilka przykładów. 

wtorek, 17 września 2013

Dużo się dzieje, jestem szczęśliwa. Czas nie będący już studiami, a jeszcze pracą wciąż trzyma mnie w swoich objęciach, jednak coraz wyraźniej dostrzegam, to iż w takim stanie na długo pozostać nie mogę. Czuję chęć i pewną potrzebę samodzielności, odpowiedzialności za siebie, a może nie tylko. Obawiam się pójścia na przód, odkrywania nowego życia, wypływania na jego głębię. Obawę tą staram się zamienić w ekscytację z powodu wyzwania. Bo wyzwaniem okazać się może każdy dzień życia. Jak na razie pozostaję w domu. Sprawy konieczne związane z zakończeniem etapu zwanego studiami i rozpoczęciem kolejnego znanego pod krótką nazwą praca, załatwiam na miarę swych możliwości. Jutro odbiorę prawo wykonywania mojego zawodu. Niedługo stworzę moje CV i poszukam w googlach miejsc pracy dla położnych. Dziś byłam w banku i odbyłam pełną nadziei rozmowę z Panią tam pracującą. Jej uśmiech i pytania dotyczące moich studiów dały mi wiele. Oby to podejście towarzyszyło mi niezmiennie gdy będę szukała pracy, oby było obecne w moich myślach i sercu gdy ktoś mi jej odmówi, nie jeden raz. Ach. Im dłużej nie mieszkam w Krakowie tym ciężej mi go zostawić. Może nigdy nie będę musiała tego robić. Wciąż tam wracam, wciąż wysiadam i wsiadam na RDA, wciąż schodzę do tunelu i jeżdżę tramwajami, wciąż jadam w Koko, wciąż na rynku czuję się jak u siebie, a o każdej pełnej godzinie wyczekuję hejnalisty, który do mnie pomacha. Wciąż, przede wszystkim, nie czuję bym to miasto żegnała. Ludzie. Ludzi z tego miasta zbyt mocno mam osadzonych w moim sercu by zacząć zupełnie nowe życie w nowym miejscu. Myślę, że tak nie da się nigdy do końca, ze jeśli ktoś zaistniał w mym życiu w pewnym sensie je stworzył i już w nim pozostaje, do końca. Dlatego pewnie chcę tam wracać, bo skoro część mnie została w tym mieście, nie mogę siebie nigdy utracić, by pozostać sobą w pełni. 

wtorek, 10 września 2013

Pomiędzy

Wydarzyło się zbyt wiele, żeby wyciągnąć choć kilka podsumowujących myśli z całego cyklu wydarzeń. Ślub, poród, wyjazd na Mazury, załatwianie papierów związanych z prawem wykonywania zawodu, Rzeszów, Kraków przelotnie, rekolekcje gdzieś w Beskidzie Żywieckim, dom i wszyscy w tym domu, po raz pierwszy od kilku miesięcy. 
Mój czas pomiędzy wciąż się nie kończy. Wyjazd przekłada na coraz to późniejsze daty, co odwleka przeprowadzkę. Ale niesamowite pokłady ludzi i wydarzeń odnajduję w tym 'pomiędzy'. Wedle obietnicy. 
Powiedział mi:
- Czy Ty przypadkiem nie chcesz wszystkiego robić na 100%?
- Tak, chyba tak właśnie jest.
- A Ty jesteś tylko jednym 100%. I to jedno musisz rozłożyć na wszystko. A nawet więcej. Zaplanuj swój czas w 60%... no 70%. Resztę zostaw sobie na przejście pomiędzy jednym punktem a drugim, a zobaczysz ile niesamowitych rzeczy zrobisz podczas tego przejścia. Ile tam znajdziesz możliwości. 

To nie jest proste. Ale brzmi dobrze. Może dla mnie najlepiej.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wstaję rano. Muzyka klasyczna wydzwania pobudkę o 7:00. Brak obowiązków i ich nadmiar jednocześnie mobilizują mnie do wstania z łóżka. Myśl o aromatycznej kawie również. Czas wolny spełnia postawione mu, niegdyś w marzeniach wymagania. Czytam książki, jeżdżę na rowerze, spotykam się z ludźmi, spędzam czas z rodzeństwem, oglądam spadające gwiazdy leżąc na dachu.
Wielkie przygotowania do ślubu, na którym mam zaszczyt być świadkiem trwają.
Postanowienie również niezmiennie jest.
Niedługo wyjadę na Mazury. Ich obraz w mej pamięci sprzed dwóch lat...

sobota, 10 sierpnia 2013

Siostry

Nie mam córki i mam ją jednocześnie. Nie potrafię wyjść z domu nie myśląc o niej. Nie potrafię istnieć nie kochając jej. A kim ja dla niej jestem? Za kogo ona mnie uważa? Chciałybyśmy siebie mieć, ale to nie takie proste. Sprawy najbardziej banalne wydawałoby się, okazują się najbardziej skomplikowane.

środa, 7 sierpnia 2013

Jest źle. Najzwyczajniej jest źle i wszystkie znaki na niebie i ziemi o tym mówią. Nawet nie świadczą, lecz mówią na głos. Krzyczą. A ja co mogę. Zawstydzam się i przytakuję. Płaczę po cichu. Nie wiem co mogę jeszcze zrobić. Nie wiem. Brak mi siły i pomysłów. Robię co mogę. Mimo, że weryfikacja postanowienia wciąż nie daje mi szans na lepsze życie, nie zrezygnowałam. No i nie mam zamiaru rezygnować, ale jak tak dalej pójdzie zgorzknieję do reszty. Mogłabym się z tego śmiać, ale wcale mnie to nie śmieszy. Mogłabym o tym zapomnieć - nie da się, nie da się również nie zauważyć, nawet gdybym chciała spróbować.

wtorek, 30 lipca 2013

Pod mostem

Przeczytałam właśnie przypadkiem tytuł posta, którego napisałam kilka dni temu. "Wciąż żyję na moście". Pisząc to miałam na myśli stan "gdzieś po środku", coś jak pozorne bezpieczeństwo tak naprawdę równe niczemu. Dziś czytając to samo, do siebie uśmiechnęłam się siedząc w tym ciemnym, jak bezgwiezdna noc pokoju. Czytam: "Wciąż żyję na moście" i myślę: dziewczyno to ty masz jeszcze całkiem dobrze! Niedługo przyjdzie czas dorosłego życia i jak nic może ono wywrócić się do góry nogami i wtedy zaczniesz żyć pod mostem. Szczęściara z Ciebie jak na razie. 

Szczęściara ze mnie. 

Wczoraj, dziś i jutro

Postanowienie w pewien sposób wciąż funkcjonuje. Samo w sobie już od początku nie było precyzyjne, może dlatego ta lekka trudność w weryfikacji. Jedyna stała weryfikacja nie zadawala, ale przecież mówią: cierpliwości! I oto jestem cierpliwa w całym mym zrezygnowanym zniecierpliwieniu. To tyle odnośnie tego co od jakiegoś czasu. 

A co teraz? W tej wyjątkowej chwili, zaraz po północy, kiedy prawdziwy kopciuszek powinien już gubić swój pantofelek? Siedzę w wygodnym fotelu, we własnym domu, zaraz po kąpieli, bosa, co wskazywałoby na wykazanie się zdecydowanie większą przyzwoitością niż wspomniana dziewczynka z bajki. 

A co jutro? 

Czytam książki, nie położnicze, nareszcie, z zachowaniem mego uwielbienia do położnictwa. To po prostu wyraz zadowolenia i dumy z powodu ukończenia studiów. Dziś wieści z wielkiego świata doniosły, że szanowny dziekanat czeka na mój przyjazd po odbiór dyplomu. Zjawię się niedługo. Nie trzeba było się tak śpieszyć z informowaniem, przecież są wakacje, nikt nie kończy studiów, nikt nie szuka pracy, nie składa CV, a praca...? Praca czeka z otwartymi rękami i prosi by ją ktoś przyjął. Przeciwnie. Wobec czego za kilka dni jadę do Krakowa by odebrać co moje. Wcześniej chcę wstać o 4 nad ranem, tak cicho, żeby nie zbudzić sąsiadów i pojechać szynobusem do Lublina. Pojadę. Wcześniej chcę spędzić noc z przyjaciółkami z liceum, jak dawniej, jak przed laty, z plackiem upieczonym przez Mamę M. Wcześniej w gronie pięknych kobiet będę spędzała jeden z ostatnich wieczorów w stanie panieńskim A. A później Kraków. Rzeszów. Czytam książki, jeżdżę na rowerze. 


poniedziałek, 29 lipca 2013

Powaga sytuacji życiowej

Jadę do Rzeszowa. W pewnej sprawie, nie ważne. Kolejny raz będę przyglądała się temu miastu, jakby miało być kiedyś moje. Taką decyzję podjęłam - będzie moim miejscem na ziemi. Wiem i powszechnie wiadomo, że człowiek, inaczej niż drzewo, nie ma masywnych korzeni w ziemi pod stopami. Mogę więc wstać i odejść pewnego dnia, jeśli tylko będę tego chciała. A jednak chcę inaczej. Poczucie bezpieczeństwa stabilizujące mnie na owej planecie, na której przyszło mi żyć jest zdecydowanie pożądane. Korzenie jak najbardziej chciałabym zapuścić głęboko, by byle wiatr nie zdmuchnął mnie pewnego dnia z powierzchni ziemi. Odwagi! Poważne życie przede mną. Poważna praca przede mną. Nie jest tak, że do tej pory nie pracowałam wcale, albo, że pracę mą traktowałam nie poważnie. Odwrotnie, niezależnie od tego czy było to niewdzięczne rozdawanie ulotek na rynku, przeliczanie mrożonek w środku nocy dzień przed kolokwium czy odbierająca mi wszystkie fizyczne siły praca w winnicy, wszystkie te były dla mnie sprawą wagi wielkiej. Teraz jednak jest inaczej. Po raz pierwszy napiszę poważne CV. Po raz pierwszy rozmówię się kwalifikacyjnie. Po raz pierwszy porażka będzie oznaczała brak chleba na śniadanie. Teraz będzie o wiele poważniej, bo będę walczyła o swoje powołanie, o coś czemu poświęciłam pięć lat mojego życia. Teraz po prostu spakuję walizkę, stanę na środku tego miasta i będę sobie musiała poradzić. 

Bardzo ważne dla mnie jest to, że obiecałam.

niedziela, 28 lipca 2013

Skrzyżowanie ścieżek

"Dwie drogi zbiegły się w połowie mego życia,
Rzekł pewien mądry człowiek.
Wybrałem drogę mniej uczęszczaną
I widzę różnicę co noc i co dzień".

Larry Norman (przepraszając Roberta Frosta)

Wciąż stoję na rozdrożu, na skrzyżowaniu. Mogę wszystko.